Przejdź do głównej zawartości

CHODŹ ZE MNĄ DO TEATRU - "WESELE" JAN KLATA


Dzisiejszy wpis jest w zasadzie pierwszym wpisem z cyklu, który sobie wymyśliłam projektując jeszcze bloga. W ramach cyklu, któremu nadałam nazwę roboczą Chodź ze mną do teatru, będą pojawiały się recenzje spektakli, które
z różnych względów uważam za godne polecenia i koneserom sztuki teatralnej
i czytelnikom szukającym rozrywki na wieczór. Będę opowiadać o teatrze od kuchni, czy raczej powinnam powiedzieć – z perspektywy osoby będącej medium pomiędzy sceną, a odbiorcami. Chciałabym obalić też mity, krążące wokół teatru i zachęcić do nowych kulturalnych doświadczeń. Warto nawet zaryzykować jedną wyprawę do tego przybytku kultury, żeby stwierdzić, że to kompletnie nie nasze rewiry.

Pomyślałam, że zacznę od jakiejś lekkostrawnej komedii. Ba! Mam nawet taki hit roku 2017 na tapecie, ale pod wpływem przeczytanego wywiadu, zmieniłam zdanie i zaczniemy trochę inaczej, ale na pewno ciekawiej. Mam na myśli wywiad z byłym dyrektorem Teatru Starego – Janem Klatą, opublikowanym przez Onet Kultura. Nie chcę streszczać, żeby nie zgubić ważkich kwestii i słów, więc jeśli ktoś ma ochotę na kawałek fajnej rozmowy, to link do materiału tutaj:
Daleka jestem od poruszania kwestii politycznych na blogu, ale nie sposób uniknąć choć ich cienia, mówiąc o skandalicznym skądinąd konkursie na dyrektora Sceny Narodowej. W moim, i nie tylko, odczuciu był to swoisty zamach na wolność słowa, myśli, czy wyboru. Cenzura nagle wróciła do wolnej Polski
i sztuki, hiena, która wydawało się, że już dawno została pogrzebana. A jednak demony przeszłości powracają…

SZOPKI POLSKO-POLSKIE

Na szczęście społeczeństwo nie pozostało bierne i premiera Wesela Stanisława Wyspiańskiego, ostatniego spektaklu w reżyserii Jana Klaty była wyjątkowym przeżyciem i protestem przeciwko manipulacji i zniewoleniu niezależnej sztuki. Obserwując reakcje widzów na wiele scen czy kwestii, nasuwa się krzepiący wniosek, że duch w narodzie jeszcze nie umarł i potrafimy jeszcze walczyć
o sprawę narodową, a konkretnie o scenę narodową, że sprawy kultury i sztuki nie są nam obojętne i w odróżnieniu od bohaterów sztuki, w obliczu zagrożenia potrafimy się zjednoczyć i mówić jednym głosem. Niestety w odpowiedzi na głos społeczeństwa niezgadzającego się z narzuconą sytuacją wykrystalizowała się
i grupa „obrońców”. Podczas wielu rozmów na temat konkursu i zwolnieniu Klaty z pełnionej funkcji, usłyszałam kilkakrotnie, w odpowiedzi na moje słowa oburzenia, że przecież to scena narodowa i musi być poprawna, stronić od prowokacji, wulgaryzmów, deptania po fladze i wprowadzania zamętu w głowach widzów. Kompletna bzdura! Zatem scena narodowa ma kłamać? Podkładać się? Fałszować obraz rzeczywistości na rzecz poprawności
i układności?

Teatr jako instytucja kultury i przybytek sztuki powinien móc z powodzeniem komentować rzeczywistość, prowokować społeczeństwo do refleksji i powinien móc robić to w sposób dowolny za pomocą zestawu środków wyrazu, które uzna za najbardziej adekwatne. Ponadto, sztuka odarta z wolności i będąca na „usługach" władzy nie dość, że traci swoją wartość, to nie spełnia swej podstawowej funkcji. Kiedyś już Sztuka została wrzucona do więzienia i jak widać historia lubi się powtarzać...przykre, że nauka na błędach poszła w las.

TEATR SZARLATANA

Niestety, ale ta niechciana polityka i nastroje narodowe zdominowały premierę, z resztą sama tematyka i wymowa Wesela jest stricte polityczna i zawsze aktualna. Powszechne jest również to, że jednostki ekscentryczne, nowatorskie, eksperymentujące, o poglądach rozbieżnych z odgórnie przyjętymi mimo wolności słowa i myśli, a także wszechobecnej (podobno) demokracji są niewygodne i stanowią wroga władzy. Jan Klata należał do zbioru tych właśnie postaci, przeciwnicy nazywali go szarlatanem, którego adaptacje są przejaskrawione i groteskowe, obrażają uczucia narodowe, stanowią tylko prowokację. Ale czy sztuka nie ma służyć poruszeniu ludzkich dusz? Szarlatanowi (mam nadzieję, że nie będzie to obraźliwe określenie dla samego reżysera) zarzuca  się wiele „grzechów", ma on swoich zwolenników jak i zagorzałych przeciwników, nie każdemu musi się podobać jego sposób interpretacji wielkich dzieł, ale każdy musi jednak przyznać, że jest jednostką wybitną. Poza przymiotami artystycznymi, podczas swojej czteroletniej kadencji, wyprowadził teatr ze skostniałych, powielanych na jedną modłę form, znalazł inne drogi interpretacji niż zalecane, ściągnął do teatru tłumy, doprowadził teatr do świetnej kondycji finansowej z odświeżonym afiszem. Jak długą listę grzechów jego przeciwnicy mogli by stworzyć, to podstawowych faktów zaprzeczyć nie mogą i stoją one, chcąc nie chcąc, ponad ową wyliczanką. Jedno jest pewne – „dobra zmiana" nie próżnuje.

Jak potoczą się losy Starego? Trudno wyrokować. Obecny dyrektor podobno jest osobnikiem nieporadnym teatralnie i marketingowo. Cieszmy się póki jeszcze na afiszu „wisi” Klata i te wszystkie „szarlatańskie” spektakle. Nastały ostatnie miesiące bytności Wesela w repertuarze, dlatego zachęcam do inwestycji kulturalnej, naprawdę warto, a dla miłośników muzyki –niespodzianka.
A tymczasem do sedna.

WESELNA FURIA

Miało być wesele - była stypa. Miało być radośnie i barwnie, owszem, barwnie było, natomiast nastrój daleki od radosnych podrygów. Nastroje już przed rozpoczęciem spektaklu były raczej grobowe, na budynku teatru powiewała czarna kotara, zaś publika zmierzająca na spektakl, składała pod teatrem kwiaty w geście żałoby i solidarności z reżyserem.

No ale polityka polityką, a my tu przyszliśmy teoretycznie na wesele, zabawić się trochę przy dźwiękach skocznej muzyki. No właśnie...Klata nie byłby sobą gdyby zafundował nam oczywistą muzykę biesiadną jako współtowarzysza akcji. Nie byłby też sobą gdyby nie zabawił się na scenie konwencjami, nie żonglował antagonizmami, nie poustawiał obok siebie „śmiertelnych wrogów", nie zamieszał nutki współczesności. Sama scenografia pokazuje głównie sprzeczności, odzwierciedla zgrzyty i kompletne niedopasowania czy nieporozumienia zawarte w treści sztuki. Bo Wesele Wyspiańskiego to dramat
o niemożności porozumienia, o kondycji narodu polskiego, który w letargu podryguje do muzyki Chochoła. Scenografia po części złożona z elementów folklorystycznych, kolorowa, nieskomplikowana, jakby sklecona naprędce.
W środku tej wiejskiej izby zaś zostały ustawione kolumny, wokół przydrożnej kapliczki, na których zasiedli bardzo specyficzni „grajkowie weselni".

Klata zaprosił do współpracy zespół black metalowy „Furia" z Katowic. Wyznawcy tej stylistyki, z założenia wyznawcy Szatana, stanowiący sami dla siebie bogów najwyższych usytuowani ponad religijnym ludem, dla którego sam ksiądz już jest bogiem stanowią pewien symbol, który chyba można pozostawić do dowolnej interpretacji widzów. Za to pierwsza kwestia sztuki Co tam Panie w polityce? wzbudziła żywy, szyderczy śmiech zarówno aktorów jak i widzów, i aluzja ta od samego początku nadała ton całemu przedstawieniu. Wracając do muzyki, która towarzyszyła aktorom, można tu śmiało stwierdzić, że stała się ona komponentem niemal tak zajmującym jak dramat rozgrywany na scenie. Klata wyreżyserował swego rodzaju hybrydę, tzw. 2w1 – spektakl i koncert black metalowy, i przyznam szczerze, że muzyka stworzyła niepowtarzalny klimat, nie tylko poprzez same dźwięki, ale i samą prezencję, i sposób ukazania na kolumno-scenie muzyków. Mimo dostrzegalnych wyraźnych antagonizmów, paradoksalnie muzyka doskonale oddała nastrój obłąkanego chocholego tańca, atmosfery grozy, napięcia, zgrzytów, w niektórych momentach psychodeli.


WALKA „KULTUROWOWYZWOLEŃCZA”

Wyspiański napisał dramat narodowy, który przez większość został odczytany zbyt dosłownie, niewielu doszukało się od razu w nim problematyki narodowowyzwoleńczej, tego, że artysta chciał obudzić ducha walki w narodzie
i ukazać kondycję społeczeństwa. Jego dramat charakteryzował się konstrukcją szopkową, w której na scenie pojawiały się pary aktorów, dopiero trzeci akt przyniósł sceny zbiorowe. Klata niewiele odbiegł od tego schematu, mimo, że sceny zbiorowe pojawiały się u niego znacznie częściej. Jednakże klimat, język, warstwa brzmieniowa i poprowadzenie linii fabularnej zostały bliskie oryginałowi. Również dekoracja i muzyka była tu specjalnie „zaprojektowana", tak jak w przypadku dramatów Wyspiańskiego, który to do każdego z nich tworzył oddzielną dekorację i ogromną wagę przykładał do warstwy muzycznej. Nie wspomnę o problematyce, która jak najbardziej aktualna dla współczesnych.

Dlatego dokonując syntezy wszystkich składników przedstawienia, nie dziwi fakt, że Klata w konstrukcji i interpretacji nie odbiega wiele od pierwowzoru. Kontrowersje i osobliwości pojawiają się jeśli wejdziemy w szczegóły, gdyż na poziomie warstwy tekstowej czy interpretacyjnej niewiele można pożonglować, bo stracimy z oczu to co kluczowe i zatracimy folklor, który gra pierwsze skrzypce w fascynacjach samego Wyspiańskiego. I należy tu docenić Klatę za kunszt
i dobry smak, bo zostawił fundament sztuki zbudowany przez Wyspiańskiego, nadał stosowny koloryt, a swoich wariacji dokonał tam, gdzie było na to miejsce, tak żeby powstała adaptacja utworu według reżysera Klaty. A zwracam na to szczególną uwagę i podkreślam grubą linią, gdyż startując z pracą nad takim dziełem, bardzo łatwo o totalne zniszczenie warstwy tekstowej i fabularnej bądź pójście w drugą stronę na drodze kiczu i tendencyjności - przerysowanie na zasadzie kalki pierwowzoru.

TO JESZCZE NIE KONIEC

Jako podsumowanie można by zacytować kwestię Chochoła, „Kto mnie wołał, czego chciał", którą można by włożyć w usta zbudzonego ducha narodu. Wykorzystajmy to przebudzenie w „walce" o wolną sztukę, wolność wyboru
i tworzenia, nie pozwólmy pozamykać sobie ust, nie zgadzajmy się na bylejakość
i tendencyjność. Hasło przewodnie wiszące w Teatrze Starym brzmi „To jeszcze nie koniec" i patrząc na to, co działo się przed teatrem i fakt, że bilety jeszcze przed premierą zostały wyprzedane do cna, do końca sezonu teatralnego, staje się bardzo wiarygodne i szczerze wierzę, że Klata jeszcze ostatniego słowa nie powiedział i uda się mimo wszystko wrócić na poziom dialogu, o którym reżyser mówił na konferencji prasowej. Prawda jest okrutna, że jeżeli nastanie koniec dialogu, nastanie też koniec prawdziwej sztuki, słowa i wolności. W
Weselu autor nawołuje chłopów do chwycenia kos w dłoń i walki o niepodległość ojczyzny.

My, Polacy z początku 2018 roku, poprzez ten performance zostaliśmy pośrednio wezwani do walki o prawdziwą wartość, duch w narodzie się obudził, zatem nie składajmy „broni".




Komentarze

  1. Klata to jeden z moich ulubionych reżyserów. Mam nadzieję, że dane będzie mi zobaczyć "Wesele".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też go uwielbiam jako reżysera, a "Wesele" polecam baaaaaardzo, recenzuję sztuki od ponad 4 lat i to jeden z nielicznych spektakli, które zrobiły na mnie takie wrażenie. Będzie sporo Klaty jeszcze na blogu, więc zapraszam :)

      Usuń
  2. Uwielbiam teatr. Przez długi czas nie mogłem się przekonać, ale jak już zacząłem chodzić na spektakle to się uzależniłem i stałem się wielkim fanem teatru.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bo to uzależnia, powinno się wpisać teatr na listę nieszkodliwych używek ;)

      Usuń
  3. I znowu wizyta w teatrze stała się swojego rodzaju manifestem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W przypadku tej sztuki, wizyta w teatrze była swego rodzaju protestem, jej premiera zbiegła z informacją o niesprawiedliwym konkursie na dyrektora teatru i nie pozostało to na szczęście obojętne społeczeństwu. O wolną sztukę trzeba walczyć :)

      Usuń

Prześlij komentarz

NAJCHĘTNIEJ CZYTANE

WSZYSTKIE NIEPRZESPANE NOCE, CZYLI DRAMAT W PIĘCIU AKTACH

Jestem fetyszystą snu – z ułomności tarczycowych, z upodobania, może dużą rolę odegrała w tym genetyka. Nieważne. Ważne, że czynników sennogennych nakładających się na siebie jest tak wiele, że natury nie oszukasz i tego nie przeskoczysz. Sen mój jest, a raczej był, tak głęboki i mocny, że nie obudziłyby mnie wystrzały z armat, nawet jeśli armia by mnie wyniosła z łóżkiem na pole walki.
A teraz natura contra natura, bo oto rodzi się dziecko, a małe dziecko wiadomo – brak snu. Jakby nie obalać mitów macierzyństwa, to jest to akurat fakt niezbity, nie do przeskoczenia. Prawda, nie fałsz. I oto ścierają się te dwie natury – mój wewnętrzny fetyszysta snu i ja matka.
PROLOGGdzieś w połowie ciąży sen nie chciał nagle przychodzić, tzn. przychodził nad ranem kiedy niekoniecznie miałam możliwość go przyjąć, robota nie poczeka. Później kiedy robota poszła w las, po nocy, kiedy sen miał mnie gdzieś 
i przychodził regularnie o 5 rano, spaliśmy czasem do południa, póki głód nas nie nawiedził. I tak…

MOMENT, W KTÓRYM ŚWIAT I SERCE ROZSYPUJE SIĘ NA MILION KAWAŁKÓW

Moment, w którym świat i serce rozsypuje się na milion kawałków znajomy jest pewnie każdemu. Dziś rozsypał się świat pewnym rodzicom, których synek walczył do samego końca, był dzielny, silny, niezwykle pogodny, zadziwiająco radosny jak na ogrom cierpienia, biegł cały czas w stronę życia…nie miałam zaszczytu poznać osobiście tego Wojownika, niestety…Odwiedzałam go codziennie w wirtualnej rzeczywistości, z całych sił trzymałam kciuki, cieszyłam się jak szło w dobrą stronę, jak wyniki były coraz lepsze, jak ogromna to była radość, kiedy maluch mógł wyjść ze szpitalnego łóżeczka do domu. Ostatnie tygodnie jednak były pełne strachu, drżącymi palcami klikałam w każdą kolejną wiadomość na temat zdrowia…
Walka dziś dobiegła końca. Walka niesprawiedliwa, nierówna od samego początku, z okrutnym finałem.
Piszę dziś o tym wyjątkowym chłopcu, bo nie potrafię o niczym innym dziś ani myśleć ani pisać. Skradł moje serce od razu, stał mi się bardzo bliski i nie tylko mi…będąc częścią tej wielkiej Ro…

[WYWIAD] PODRÓŻE Z DZIECKIEM

Wakacje tuż, tuż, słońce grzeje coraz mocniej, w głowie szumi woda, szumi las, ale mamy małego osobnika na pokładzie i masę wątpliwości. Czy nie robić problemu i zostać w domu, bo przecież z takim maluchem, to żaden odpoczynek, a same problemy? Czy aby to bezpieczne? Czy da się zorganizować fajny, wspólny wakacyjny czas z wózkiem przyrośniętym do ręki i nosidłem na plecach? Czy lepiej jechać gdzieś blisko, czy wyruszyć za granicę? Czy podróżować autem, czy jednak samolot? Wszystko jest kwestią dobrego ZAPLANOWANIA, oczywiście nie da się przewidzieć wielu rzeczy i nie przewidzi się wszystkiego, a życie zawsze nas zaskoczy, ale podstawy trzeba wyrobić sumiennie, dzięki fundamentom konstrukcja w razie burzy nie powinna runąć, a urlop zakończyć katastrofą. Pierwsze wakacje już mamy za sobą, wielogodzinną podróż autem, powrót
z chorobą i masę fajnych wspomnień J Ja byłam szczęśliwa, że razem spędzamy czas, w końcu wyrwałam się z domu i Krakowa, i znów widzę jeziora i morze, za którymi tęskn…