Przejdź do głównej zawartości

CHODŹ ZE MNĄ DO TEATRU - "WYZWOLENIE" RADOSŁAW RYCHCIK


Dla urozmaicenia i odmiany, dziś będzie z cyklu – nie polecam. Są takie spektakle, które długo się pamięta i to bynajmniej nie dlatego, że poruszyły duszę, ale…nerwy. Mowa o zapowiadanym od dłuższego czasu Wyzwoleniu Radosława Rychcika. Z jednej strony piszę ku przestrodze, a z drugiej mam nadzieję zachęcić (jakby to nie zabrzmiało w kontekście słów „nie polecam”J) masochistów teatralnych, do wzięcia udziału w tym eksperymencie scenicznym. Silna wola, żeby nie uciec podczas przerwy, nieznajomość lektury, która pozwoli na całkiem znośny odbiór, czy brak innego pomysłu na roztrwonienie czasu i pieniędzy będzie bardzo pomocna, o ile nie niezbędna.  

WYZWOLENIE 

Wyzwolenie, wyzwolenie...hmm...wyzwolenie przyszło wraz z przerwą, po cudownie wyzwalającej scenie rozstrzelania tłumu ludzi na scenie przez gestapowca przy wtórującym migotaniu stroboskopowego światła. Jeszcze milsze memu sercu wyzwolenie przyszło po szybkich brawach i wyjściu na krakowski bruk. Bruk...tak po norwidowsku, cytując Fortepian Szopena – ideał sięgnął bruku.
To, że zastosowany został zabieg przeniesienia dzieła we współczesne czasy, nie powinno rzutować na pogubienie się w sensie i treści, a jednak...coś poszło nie tak. I o ile Wesele w reżyserii Jana Klaty oglądane miesiąc wcześniej na deskach Starego, mimo oryginalnej formy i wielu wariacji, zachwyciło mnie aż do głębi,
o tyle Wyzwolenie zmęczyło mnie śmiertelnie.

WSZYSTKIE STRACONE KOLACJE I NIEZJEDZONE PIZZE

I może faktycznie pan reżyser Radosław Rychcik ma dobre, nowatorskie i świeże spojrzenie na literaturę, wszak idąc pełna nadziei na wyreżyserowane przez niego Wyzwolenie i słysząc już dużo wcześniej dobre opinie o nim, czekałam
z niecierpliwością na ten moment kiedy zacznę wgryzać się w sztukę, analizować, kiedy struny w środku się poruszą przyjemnym drganiem...nie doczekałam się na ani jedno drgnienie, za to drganie żołądka dało mi znać, że chyba powinnam
w tym czasie spożywać kolację. Chodzi o to, że podczas spektaklu najbardziej interesowało mnie w pewnym momencie z czym zamówić pizzę po wyjściu z tego przybytku. I nie, nie jestem ignorantem - wszak jako filolog znający (głównie
z przymusu egzaminacyjnego) dość dogłębnie utwory Wyspiańskiego - z całych sił, aż do bólu głowy starałam się znaleźć punkt zaczepienia, szukałam tych dalekich ech Wyspiańskiego, nawiązań, aluzji...czegokolwiek – nie znalazłam... Może nie umiem szukać, a może nie jestem Salomonem i z pustego też nie naleję i tak dalej.


Reasumując - bo dygresje zgubiły główną myśl - chodzi o to, że pan Rychcik może i jest świetnym reżyserem i absolutnie nie oceniam jego osoby, bo nie wolno mi, nie znając całej jego twórczości, a krótko mówiąc, nie było mi z nią po drodze
i wszystkiego kolokwialnie mówiąc „nie ogarnęłam", ale teraz mam za zadanie ocenić ten jeden konkretny spektakl i uważam, że albo Rychcik miał zły dzień
(oj, bardzo zły) kiedy to tworzył albo nie umiem dosięgnąć dziesiątego czy dwudziestego piątego i trzy czwarte dna jego przekazu. No też bywa.

(CHOCHOLI) TANIEC OPĘTANIEC

Ale może trochę konkretów już stricte o spektaklu. Otóż, zdaje sobie sprawę, że Wyzwolenie jest dramatem arcytrudnym w odbiorze, interpretacji, a tym bardziej adaptacji. To tekst o sztuce i polskości, łączący w sobie liczne aluzje, odnośniki, dużo tam filozofii samego autora. I chodzi o to, że u Rychcika Wyspiańskiego nie widzę, owszem osoby dramatu mówią Wyspiańskim, ale te najważniejsze kwestie są zagłuszone przez obłąkany układ powtarzanych sekwencji ruchowych. Dla widza to jest zbyt duże rozproszenie, aktorzy powtarzają przez długi czas te same ruchy, gra muzyka, na scenie tłum i ruch, a przez to próbują przebić się manifesty Wyspiańskiego...ciężko zrozumieć, co mówią aktorzy wyłaniający się
z tego obłąkanego „tańca", nie słychać osiemdziesiąt jak nie dziewięćdziesiąt procent tekstu. Wyspiańskiego trzeba zrozumieć, przeanalizować, a jak można cokolwiek interpretować, nie słysząc większości słów?!

Zamysł tego zapętlonego „tańca" może i dobry, jednak czemu miał on służyć? Nie znaczy to, że nie zasługuje na pochwałę. Aktorzy...to jedyny element spektaklu, który był zaangażowany i robił co mógł, żeby coś z tego ulepić, ale niestety forma aż tak nie zakryje braku treści. Jednakże pod względem dynamiki
i zdyscyplinowania aktorów – rewelacja. Ale nie przyszliśmy tu patrzeć jak tańczą aktorzy, czy tancerze, którzy wspomagali zespół, ale się „wyzwolić".

W SZKOLE I W OBOZIE

Rychcik przeniósł akcję do klasy szkolnej, belfra przemianował na Konrada, akcja w zasadzie nie wychodzi poza klasę i pokój nauczycielski. W pokoju rozgrywane są kluczowe dyskusje, gdy pojawia się osoba Reżysera i Muzy, wtedy tekst słychać wyraźnie i można skupić się na przekazie. Tematem lekcji jest Jerome David Salinger i jego „Buszujący w zbożu", widać też wiele analogi ze Stowarzyszeniem Umarłych Poetów. Nagle do klasy wchodzą więźniowie ubrani w pasiaki, ofiary Holocaustu, stoją, patrzą, nic nie mówią, wstają i odchodzą. Przypominają niemo o historii, ale także służą jako ostrzeżenie, że historia to bestia, która lubi przyjść w odwiedziny dwa razy.

Część spektaklu bardziej przypomina musical, a uczniowie bardziej przypominają amerykańską młodzież na etapie buntu ideowo-osobowościowego niż odnoszą się do polskich realiów (i te wiatraki przy suficie, na które każdy, kto
o Wyzwoleniu Rychcika pisze, zwraca od razu uwagę). W Polsce, w tym momencie zaistniała sytuacja - brutalnie trochę to zabrzmi – „podkładająca się"
i pod wspomniane wyżej Wesele i omawiane tu Wyzwolenie. Warunki wręcz idealne - naród podzielony, skłócony, sztuka znalazła się w niebezpieczeństwie zniewolenia. Można to było rozegrać dość zgrabnie, żeby tekst jakoś osadzić
w budowanym dramacie i nadać mu kierunek, czy choćby mały punkt odniesienia.

UCIECZKA OD "POLSKOŚCI" I WYSPIAŃSKIEGO

Rozumiem też, że może reżyser chciał uciec od naszej „polskości" i zrobić coś zupełnie niezależnego i owszem udało mu się, tylko szkoda, że jest to aż tak niezależne od Wyspiańskiego, który jest tu główną osią.

Docenić trzeba Rychcika za niestandardowe pomysły i różne drogi poszukiwań, ale robiąc adaptację tak wielkiego i trudnego dzieła, poszatkowanie tekstu,
i podanie publice jego „odpadów" wymieszanych ze sobą przypadkowo
(a przynajmniej tak się to odczuwa) zakrawa trochę o profanację dzieła, które widnieje w repertuarze i na plakacie. Dodatkowo, żenująca orgia na scenie
w rytm „Karuzeli z madonnami" i finałowa piosenka sprowadzająca nas znów na młodzieżowe, musicalowe podwórko. Istne poplątanie z pomieszaniem. Trudno znaleźć celowość i zastosowanie takich zabiegów.

BURDEL STYLISTYCZNY

Spodziewałam się bardziej czegoś na kształt palimpsestu, widząc na początku scenografię i oglądając pierwsze sceny, a tu dostałam kolaż stylów, utworów, odwołań, tekstów – kompletnie przypadkowo i wybiórczo połączonych ze sobą do kupy elementów z różnych krain stylistycznych. Na scenie było bogato
i tłoczno, momentami aż duszno, ale z przykrością stwierdzam, że kompletnie nic
z tego bogactwa nie wynika i nie gra. Przypomina to karuzelę wszystkich pomysłów, na które reżyser wpadł i chciał upchnąć je na jednej scenie za pomocą jednego tekstu, który notabene posłużył mu chyba jako pretekst do zaprezentowania publiczności swoich innowacji. I wszystko fajnie, tylko
z dramatem Wyspiańskiego wspólny mianownik miało jedynie moje wyzwolenia od oglądanej sztuki.

Komentarze

  1. Ze spektaklami ma ten problem, że po bardzo wyczerpującej sztuce większość nie wie o co chodziło, ale boi się przyznać. Tworzy się pseudointelektualna dyskusja, w której każdy próbuje zinterpretować sztukę, aby jak najmądrzej to brzmiało :) Dlatego dobrze, że takie wpisy jak twój istnieją, bardzo lubię poczytać o danym spektaklu, zaznajomić się ze stylem reżysera, tematyką, żeby potem własnie nie zgrywać mądrali :) pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. święta racja! :) czasem w spektaklu nie chodzi o samo dokładne zrozumienie treści, ale bardziej o "czucie" i jest to element równie istotny co jasność i zrozumienie fabuły. Pozdrawiam również :)

      Usuń
  2. Przyznam szczerze, ze nie chodze na spektakle. Ostatni jaki pamietam to w 2 klasie SP w którym gralam krasnoludka Marudę. Szczerze wybrałabym się do teatru na cos dla dorosłych. Wpis swietny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję i polecam się wybrać przy najbliższej okazji na coś "zjadliwego" :)

      Usuń
  3. Oj nie, już sam stroboskop by mi wystarczył, żeby wyjść ze spektaklu...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

NAJCHĘTNIEJ CZYTANE

DAJMY IM ŻYĆ! SŁÓW KILKA O SAMODZIELNOŚCI

DLACZEGO NIE POZWALAMY DZIECIOM NA SAMODZIELNOŚĆ?W świecie rodzicielskim łatwo dostrzec popularny paradoks – chcemy żeby nasze dzieci były samodzielne i wszystko wiedziały, ale najlepiej jakby to się odbyło poza nami, na pstryknięcie palców, albo wiedza ta przyszła za pomocą objawienia. To jest bardzo prosty mechanizm, nie pozwalamy dzieciom na samodzielność, bo nauka może przynieść zbyt duże „straty” i materialne
i czasowe. Zakazujemy przez lata stu dwudziestu pięciu i pół rzeczy, a potem nagle jesteśmy rozczarowani, że nie potrafi ono stu dwudziestu pięć i pół umiejętności. No bo niby jak ma umieć, skoro nikt mu nie pozwolił tego robić. Jak ma posiąść nową wiedzę, jeśli jego rozwój, chęć poznawania świata
i eksperymentowania jest sukcesywnie hamowane.
„Zostaw ten cukier, bo zaraz porozsypujesz!”
„Nie przelewaj soku, bo zalejesz podłogę!”
„Zostaw tę łyżkę, nakarmię Cię, bo wszystko pobrudziłeś sam!”
„Nie mamy czasu czekać aż sam włożysz te buty!”
„Zostaw te farby, bo wszystko wybrudzisz!…

"ŚWIAT EMOCJI. STRACH", CZYLI JAK POMÓC DZIECKU POZNAĆ I OPANOWAĆ EMOCJE

CZY UCZYMY DZIECI EMOCJI?Uczymy nasze dzieci mówić, czytać i pisać, jeździć na rowerze, rolkach, sankach, grać na pianinie, czy rysować, ale czy uczymy je emocji? 

Stali Czytelnicy wiedzą, że na blogu głównie skupiam się na emocjach, pisząc o dzieciach, bo wychowanie oparte na emocjach, ich rozumieniu, nazywaniu, panowaniu nad nimi stanowią fundament szczęśliwego życia naszych dzieci w przyszłości. Dzieci nie rodzą się z wiedzą tajemną, co znaczą różne emocje, zachowania, nie wiedzą, co jest dobre, a co złe i my musimy ich nauczyć nazywać odpowiednie stany pojęciami, charakteryzować główne cechy i specyfikę. I podstawowa, bardzo ważna zasada, o której nie wolno zapomnieć to przekazać dziecku, że nie ma złych i dobrych emocji, jak to zwykle dzielimy , są tylko EMOCJE, bez zbędnego nacechowania, bo mówiąc, że smutek jest zły, nie dość, że dziecko czuje się źle z daną emocją to zacznie szarpać nim jeszcze poczucie winy, dlaczego ono to odczuwa, czemu nie może odczuwać tylko tych dobrych…

CZY MOJE DZIECKO JEST MAŁYM TERRORYSTĄ?

KRZYWDZĄCE OPINIE
Często słyszymy, czy nawet, o zgrozo, sami używamy wobec naszych dzieci krzywdzącego określenia „terrorysta”, „wymuszacz”, „manipulator”. Nawet nie zdając sobie sprawy ile sami zła tym wyrządzamy i nieświadomie uczymy dziecko swoim zachowaniem czy opiniami – właśnie wymuszania.
„Nie widzisz, że ono Cię terroryzuje?”, „Co za manipulator!”.
O ile opiniotwórcy można po prostu grzecznie i uprzejmie powiedzieć „Nie Twój problem” to mentalności i tej krzywdzącej opinii przechodzącej
z pokolenia na pokolenie się nie zatrzyma.

Do poruszenia tego tematu zainspirował mnie wpis Dominiki z PomogęCi Mamo, możecie go znaleźć o tu: àWYMUSZANIE
Dominika jest psychologiem, poznaliście już ją na moim blogu, użyła w swoim artykule słownikowej definicji „wymuszania” i wynikania z niej jasno, że wymuszanie to przestępstwo.Serio myślicie, że kilkumiesięczne niemowlę, czy 2-3 latek są przestępcami, a w ich głowach cała sieć strategii jak tu przeprowadzać zamachy na rodzicach?
Maluchy nie umieją…