Przejdź do głównej zawartości

MOJA PRZYCHODNIA TAKA RODZINNA! - JAK PANIE W REJESTRACJI POMIATAJĄ PACJENTEM



Choroba, przychodnia, lekarz, leczenie, rejestracja, chamstwo, debilizm, chore dziecko

Są takie mrożące krew w żyłach historie, kiedyś czytałam je namiętnie. Minęło parę lat i po trosze dostałam je niespodziewanie w realu. 
 To będzie jedna z tych. 
Realnych.
 Niestety.

ZE SŁUŻBĄ ZDROWIA NIGDY NIE BYŁO MI PO DRODZE


Rzadko wylewam żale, a publicznie niemal wcale, więc sobie nie będę tym razem żałować. Tekst z kategorii – historia jednej przychodni.

Ze służbą zdrowia nigdy nie było mi po drodze, bo na ogół przy bliższym kontakcie następowały duże spięcia. Między innymi dlatego, że opieka medyczna należy mi się jak psu buda, bo jakby nie było co miesiąc łożę na nią finansowo. Ale tak jak nie każdy pies ma budę, tak i ja chcąc skorzystać
w sytuacjach nagłych z opieki, spotykałam się ze ścianą, mogłabym w nią walić głową, ale po co?
Jeśli już udawałam się do tego przybytku to musiało być ze mną naprawdę źle, bo staram się białe fartuchy omijać szerokim łukiem, oczywiście poza badaniami kontrolnymi, częstymi pomiarami TSH, hormonów, żelaza, co jest absolutnie niezbędne przy moich schorzeniach ciała i głupotą byłoby to omijać.

Ale bywały sytuacje podbramkowe, kiedy schodziłam z tego świata i w końcu „zdiagnozowano mi tarczycę” i potrzebowałam natychmiast pomocy endokrynologa, w rejestracji usłyszałam, że wolny termin za…2 lata, chyba, że coś się zwolni. Prywatnie natomiast wizyta już za tydzień…

Idąc dalej - w ciąży przed porodem potrzebowałam konsultacji ortopedy przy schorzeniach kręgosłupa starych i „ciążowonabytych”, termin za rok…wspaniale tylko ja za 3 tygodnie miałam rodzić.

Na każdym kroku (pomijam pozytywne wyjątki wśród lekarzy, które mogę na palcach jednej ręki policzyć w ciągu kilku lat) problemy z wypisaniem skierowania na TSH, na podstawie zaświadczenia od endokrynologa oczywiście, bo jak to chcę badania na NFZ kilka razy w roku, przecież skoro chodzę prywatnie do lekarza to powinnam prywatnie robić badania. I wiecie co, z debilizmem ludzkim nie mam sił dyskutować, żebrać o to co mi się należy nie mam nerwów, więc całą opiekę medyczną mimo „przywileju” korzystania z NFZ niestety muszę ogarniać sobie odpłatnie. Mój organizm dwa lata nie poczeka na wolny termin, sorry.

Ale ja nie o tym.

MOJA PRZYCHODNIA TAKA PRZYJAZNA DZIECIOM


Mamy naszą przychodnię zdrowia rodziny, do której zapisałam syna po narodzinach, blisko domu, dobrzy pediatrzy, tyle, że z pediatrą widzimy się jedynie na szczepieniu czy bilansie, bo jak Olaf dostanie gorączki i dzwonię żeby się umówić to terminów na dziś brak, na jutro może, najlepiej przyjdź Pani za
3 dni.
Na początku byłam grzeczna, a potem nie wytrzymując pytam się „miło” - co ja mam z chorym dzieckiem zrobić TERAZ, nie za 3 dni, bo ja pomocy potrzebuje JUŻ! Odpowiedź – ma Pani przecież opiekę całodobową w szpitalu albo SOR skoro już Pani potrzebuje pomocy, u nas nie ma terminów…

Ja się pytam – co to za polityka? Na SOR nikt mnie nie przyjmie, bo od tego jest przychodnia, która jak się dowiedziałam, jeśli są to godziny pracy przychodni ma OBOWIĄZEK przyjąć dziecko z gorączką. Rozumiem, że jeśli zaskoczy mnie jej wysokość gorączka w nocy, to jadę na całodobową bo nikt mi przychodni nie otworzy i lekarza nie ściągnie, ale na litość boską, od tego mam PRZYCHODNIĘ RODZINNĄ, żeby mi w sytuacji awaryjnej udzieliła pomocy.

Koniec końców, jeśli syn jest chory, musimy jechać prywatnie do lekarza, który przyjmie nas o każdej porze dnia i nocy. Sytuacja paradoksalna.


PANIE Z REJESTRACJI - GWÓŹDŹ PROGRAMU, CZYLI KOŚĆ W GARDLE


Ale przechodząc do sedna – obsługa. O ile lekarze naprawdę są spoko ziomki jeśli o dzieci chodzi, to Panie w rejestracji to jak ktoś pięknie na forum napisał „Powiedziałbym, że bydło tam pracuje, ale nie powiem, bo obrażę bydło”. Nic dodać, nic ująć. Panie zostały w czasach PRLu chyba bo to ludzie są dla nich, a nie one dla ludzi. Nie dość, że do przychodni nie idzie się dodzwonić, tylko trzeba nawalać po sto razy, łaskę robią, że w ogóle ten telefon odbiorą, bezczelny
i pretensjonalny ton, chamstwo jakich mało. Nie rozumiem, dlaczego one tam wszystkie pracują, bo ani grama szacunku do pacjenta, rozdarta japa i smród
z rejestratorki dymem fajczanym, jakby wędziły jakąś ofiarę pod ladą. Skoro pracują za karę, czy nie potrafią pracować z ludźmi, nikt ich nie trzyma, mogą iść pracować z pustakami albo gruz przerzucać z tak rozwiniętą empatią powinny sobie świetnie dać radę.
Najgorsze jest to, że przez takie zachowanie
i ich szanowne osobistości, opinia o przychodni leci na łeb, na szyję, a szkoda, bo lekarzy pediatrów mają bardzo dobrych i "ludzkich".
Nie spodziewałam się, że w obecnych czasach, w mieście Krakowie, w dobie wysokich standardów obsługi klienta można trafić na taką pieczarę z takimi smoczycami ziejącymi ogniem.

Ostrzegam zatem każdego, kto zapędzi się na Aleje 29 Listopada do przychodni – niech smród siarki Cię odwiedzie od przestąpienia wrót.

SZUKAM


A skoro już jesteśmy w tym miejscu – szukam ludzkiej przychodni w podanym wyżej rejonie. Ktoś, coś podpowie sensownego? Moje nerwy będą wdzięczne. Tylko pytam o realne, sprawdzone miejsca, bo to, że każda przychodnia ma obowiązek Cię przyjąć i pomóc w razie gorączki dziecka i awaryjnej sytuacji brzmi tak zabawnie jak „rodzić po ludzku” w każdym szpitalu. Więc jeśli chcecie mnie rozbawić to w inny sposób poproszę. 

LECZYĆ/RODZIĆ/OBSŁUGIWAĆ PO LUDZKU?


A skoro już przy rodzeniu jesteśmy, to w kolejnym odcinku, może opowiem historię, jak to jest rodzić po ludzku, jak to ludzkie i chętne do pomocy są oddziały położnicze. Aż łezka w oku mi się zakręciła z tego „wzruszenia” jak wspomniałam sobie „cudowną” położną, z zielonym cieniem na powiekach rozmytym aż po czoło i krwistych, z bladymi przebłyskami zeżartej szminki, ustach, nachyloną nade mną znieruchomiałą i z impetem wbijającą igłę w żyłę
z niewybrednym komentarzem, którego nie przytoczę bo znów zostanę ocenzurowana. Rozkosznie było
J

Jeśli obsługa Pacjenta, podejście do niego, zaprzestanie rzucania kłód pod nogi nie zmieni się to czarno to widzę. A najgorsze, że takie schamiałe babsztyle na pierwszej linii frontu psują opinię całej obsłudze i służbie zdrowia, odpychając tym pacjentów, chyba, że taka polityka przychodni, żeby tłoku i kolejek za dużych nie było. Sprytne ;) 
Wylewając swoje żale, oczyszczam duszę z kumulacji w.... złości i cieszę się, że mogłam się wypowiedzieć bez przerywania w pół zdania, bądź komentowania
z politowaniem w głosie: 
Po ludzku? Też Ci się zachciało! Co za fanaberia!

_________
Jeśli spodobał Ci się tekst, uważasz, że komuś może się również spodobać, czy przydać - nie wahaj się, udostępnij i poślij dalej :) Masz pytania, bądź chcesz skomentować - pisz. Wpadaj jak najczęściej, a jeśli chcesz być na bieżąco, polub mój fanpage na fb i profil na instagramie :) 

Komentarze

  1. A ja słyszałam o ustawie mówiącej, że kobiety w ciąży do specjalisty mają być wpuszczane bez kolejki, a najpóźniej do tygodnia czasu. Szkoda, że służba zdrowia nic sobie z tego nie robi. Tak to już jest, że w naszym kraju lepiej nie chorować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też o tej ustawie słyszałam, ale długo po tym jak już w ciąży nie byłam ;) A z tego co się orientuję, to z respektowaniem tego prawa jest różnie.

      Usuń
  2. Tak to jest, niestety też bym już chyba mogła małą książkę napisać o moich doświadczeniach z polską, naszą rodzimą służbą zdrowia. I nie byłyby to miłe rzeczy. Absurd goni absurd rodem z Misia i w głowie się to czasem po prostu nie mieści. Ja do mojej przychodni nigdy się rano nie dodzwoniłam ale mój mąż zawsze ha ha Ja muszę naginać przed 7 żeby dostać numerek. Przychodnia dla dzieci na szczęście sprawniej obsługiwana, a dostać się nie idzie tylko czasami chociaż z gorączką zawsze wcisną, najpóźniej na drugi dzień.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

NAJCHĘTNIEJ CZYTANE

JESTEM ZŁĄ MATKĄ?

TYDZIEŃ POD ZNAKIEM SYFU Siadam do tego tekstu na oparach energetycznych o 22:00 po niekończącym się dniu.  Przez ostatni tydzień wszystkie dnie i noce zdawały się nie mieć końca.  Zmęczenie materiału dopadło matkę.  Ale po kolei – od miesiąca dziecię nasze uczęszcza do żłobka, choć uczęszcza to nienajlepsze określenie, bo częstotliwość jego wizyt tam jest co najmniej…rzadka, jak kupa, którą często może stamtąd przynieść. Zatem dziecię moje czasem chadza do tego przybytku, z którego z częstotliwością nagminną przynosi róże syfy. I to był tydzień pod znakiem ogólnego syfu, dosłownie i w przenośni. Najpierw temperatura, później jej wahania, dołączyło katarzysko, potem kaszel, którego wybitny gruźlik by się nie powstydził, więc czas na lekarza. Lekarz co prawda okazał się z bożej łaski, ale jak zdiagnozowałam mu już stan pacjenta, to udało mu się wstrzelić
w antybiotyk. Brawo Pani Doktor! Tyle, że po powrocie do domu, moją podłogę kuchenną zalała fala treści żołądkowej mojego dziecka, …

#KOCHANIEprzezCZYTANIE - BAJKI DO PODUSZKI Z RÓŻNYCH STRON ŚWIATA

BAJKI DO PODUSZKI
Wiecie czym charakteryzuje się dobra książka dla dzieci?
Cudownymi ilustracjami i treścią przekazującą wartości, którymi chcielibyśmy, żeby nasze dzieci kierowały się w życiu. Baśnie, bajki, opowiadania, wierszyki, przypowiastki – każde z nich zawiera morał, przesłanie wzorzec. Ja dziś w ramach akcji #KochaniePrzezCzytanie przynoszę Wam zbiór bajek, zatytułowany „Bajki do poduszki”. Już sam gatunek bajki wskazuje na fakt, że kończy się ona morałem. Dodając do tego fantastyczne, kolorowe, w większości całostronicowe ilustracje otrzymujemy produkt idealny. 


Ten egzemplarz, który Wam tu w dalszej części pokażę dość szczegółowo, bo zawiera tyle pięknych obrazów, że nie umiałam zrobić porządnej selekcji, jest jedną z moich ulubionych książek z dzieciństwa, a w spadku przekazałam go synowi. Egzemplarz w twardej oprawie został wydany w Bratysławie w 1995 roku, a na polski tekst przełożyła Małgorzata Ziółkowska-Mazur. W Polsce książka przeszła przez ręce Agencji Wydawniczej…

"ŚWIAT EMOCJI. STRACH", CZYLI JAK POMÓC DZIECKU POZNAĆ I OPANOWAĆ EMOCJE

CZY UCZYMY DZIECI EMOCJI?Uczymy nasze dzieci mówić, czytać i pisać, jeździć na rowerze, rolkach, sankach, grać na pianinie, czy rysować, ale czy uczymy je emocji? 

Stali Czytelnicy wiedzą, że na blogu głównie skupiam się na emocjach, pisząc o dzieciach, bo wychowanie oparte na emocjach, ich rozumieniu, nazywaniu, panowaniu nad nimi stanowią fundament szczęśliwego życia naszych dzieci w przyszłości. Dzieci nie rodzą się z wiedzą tajemną, co znaczą różne emocje, zachowania, nie wiedzą, co jest dobre, a co złe i my musimy ich nauczyć nazywać odpowiednie stany pojęciami, charakteryzować główne cechy i specyfikę. I podstawowa, bardzo ważna zasada, o której nie wolno zapomnieć to przekazać dziecku, że nie ma złych i dobrych emocji, jak to zwykle dzielimy , są tylko EMOCJE, bez zbędnego nacechowania, bo mówiąc, że smutek jest zły, nie dość, że dziecko czuje się źle z daną emocją to zacznie szarpać nim jeszcze poczucie winy, dlaczego ono to odczuwa, czemu nie może odczuwać tylko tych dobrych…