Przejdź do głównej zawartości

NAJBARDZIEJ BOLI MNIE STRACH



Weekend majowy się zaczął, pogoda wymarzona, słońce, zieleń, kwiaty…zapach grilla wieczorem, pielgrzymki spacerowe i walka o kawałek trawy nad Wisłą, żeby rozłożyć koc w słońcu…zimne piwo, wrażenie chwilowej beztroski, w sumie nawet wyjeżdżać nie trzeba, żeby poczuć, że winter has gone. Nasza majówka zamyka się w czterech ścianach domu z obrzydliwymi bakteriami, stresem
i zmartwieniami, ale przynajmniej wszyscy razem spędzamy ten długi weekend, jeśli o plusy chodzi.
Miała być Praga, pierwsza zagraniczna wycieczka Olafa, piękne widoki, długie spacery, spokój i relaks…tu nawet nie coś - jak mawiają - ale wszystko poszło bardzo nie tak. Majówka to podobno nienajlepszy czas na czytanie „internetów”, bo ludzie raczej odpoczywają od ekranów, ale zostawię wpis na później, bo chwilowo wena przypłynęła. Nie miałam ani jej, ani siły przez ostatnie dni, nie znałam tego stanu wcześniej, na pisanie zawsze miałam siłę i wewnętrzny motywator, nawet 3 dni przed porodem w stanie oczekiwania na godzinę zero, zamykałam swoje sprawy z recenzjami i pisałam hurtowo recenzje ze spektakli, na które w 9 miesiącu udało potoczyć mi się do teatru. Nie miałam problemu
z odcięciem się, skupieniem, wykonaniem pracy najlepiej jak się da. W obliczu choroby mojego dziecka, nawet siedząc w nocy, nie robiąc kompletnie nic poza pilnowaniem jego snu, nie byłam w stanie zebrać myśli, ani skupić się na czymkolwiek innym, wszystkiemu winien paraliżujący strach.

Ja sama pod kątem strachu, jestem strasznym dziwakiem – boję się rzeczy, których normalny człowiek raczej się nie boi, boli mnie fizycznie coś, co jest kompletną pierdołą, a nie przeraża mnie ból, którego faktycznie powinnam się bać. W bliskim gronie powszechnie jest wiadome, że igieł boję się jak ognia. Nieważne, czy wkłucie mnie boli, czy nie, po prostu igła to największe zło świata. A przepraszam, jeszcze węże! Te parszywe stworzenia przyłażą do mnie
w najokropniejszych koszmarach. Nie wiem czemu paraliżem
i niekontrolowanym wrzaskiem napawa mnie to zwierzę, tłumaczono mi, że pewnie dlatego, że nie ma nóg. Tłumaczono też, ze zaskroniec jest niejadowity
i nie ma się czego bać, i bać się można żmij, bo kąsają zajadle. Żmij kąsających owszem, staram się unikać, ale jest ich tak duże kłębowisko, że uodporniłam się na jad, czasem marzy mi się, że ich ciała eksplodują w kosmos, ale nie wszystkie marzenia się spełniają. Wracając do węży, nie chodzi mi o to czy są jadowite, czy nie, mój strach nie tu leży…może to o te nogi chodzi….w sumie to chyba zaawansowane stadium fobii, bo jak napisałam słowo „kłębowisko” to gęsiej skórki dostałam i palce na klawiaturze mi się spociły.

No więc po „polonistycznemu” zacznę zdanie od: „No więc” od dziecka boję się straszliwie igieł, po przeanalizowaniu sytuacji w wieku lat 30 i po zajęciach
z psychologii na studiach, stwierdzam, że lęki, a raczej małe traumy, nabyłam
w dzieciństwie. Pierwsze zetknięcia z igłą to zastrzyki, potem przyszły szczepionki
i pobierania krwi, bólu nie pamiętam, ale pamiętam dość dobrze sytuacje,
w których dominantą był strach, bo notorycznie byłam okłamywana przez te szanowne panie w bieli, wmawiające mi, wręcz w żywe oczy, że „przecież to nie boli”…gówno prawda! Miało nic nie boleć pobieranie krwi, wyrywanie zęba, seria zastrzyków podczas choroby. Dziecka nie wolno okłamywać w ten sposób, pomijając fakt, ze w ogóle nie można. Na swoim przykładzie, urazę pamiętam do dziś - do pielęgniarek z delikatnością słonia w składzie porcelany, dentystkę-rzeźnika, którą już sto razy przeklęłam w duchu za spartolenie mi zębów,
o szacunku do małego pacjenta, czy jakiejkolwiek kulturze nie wspominając. Trudno, takie były czasy, taka służba zdrowia, wszechobecne kłamstwo „to nie boli” zniszczyło mi psyche na długie lata. Niczego nie bałam się bardziej niż białych fartuchów. Wracając do kłamstwa – za każdym razem wmawiając dziecku, że to nie boli, a jeśli go boli to pewnie wymyśla, bo na pewno nie boli, robimy krzywdę i sobie i jemu. Maluch nagle dostaje strzał od świata bo wiadomo, że wielu zabiegów nie da się wykonać bezboleśnie. Jako dorośli powiecie: „co to za ból”, dla maluszka to wielka tragedia. Traci zaufanie do rodziców, do ludzi i świata, rodzic zaś ma przewalone przy zaciągnięciu dziecka na głupie szczepienie, bo nie ma żadnych argumentów przekonywujących jako kłamca. Pomyślcie o tym, okłamując następnym razem dziecko.

Zmierzam do tego, że w wielu sytuacjach dominantą, która miesza i dolewa oliwy do ognia jest strach. I to prawda, że w wielu przypadkach strach ma tylko wielkie oczy, ale…to wiadome jest po fakcie. Zbierając swoje rekordy „bólowe”, myślałam, że już nic mnie bardziej nie zaboli niż leczenie kanałowe bez znieczulenia, stan zapalny zęba w ciąży, na którego zażywanie paracetamolu to jakiś kretyński dowcip i farsa, piekielny ból kręgosłupa po porodzie, skręcona kostka, czy zakładanie szwów na wygasającym znieczuleniu po 1,5 godzinnym zabiegu usuwania ósemki. Jak bardzo się myliłam, przekonałam się całkiem niedawno, kiedy zachorował mój niespełna półtoraroczny syn.

Okazało się, że najbardziej na świecie boli mnie jego ból i strach. Choć bardziej przerażający jest strach. Dla niego wszystko jest nowe, niezrozumiałe, budzi
w nim lęk. Nie rozumie dlaczego nie może zasnąć bo zatkany nos utrudnia mu oddychanie, nie wie, czemu nie ma siły usiąść bo gorączka opanowała organizm, a najgorsze jest to, że nie rozumie, czemu osoba trzecia zadaje mu ból, a rodzice jej w tym pomagają, bądź stoją z boku – moment, w którym pielęgniarka wbijała przerażonemu synowi wenflon, będzie chyba najstraszniejszym wspomnieniem choroby. W te pare minut jego niewyobrażalnego przerażenia i bólu – umarłam dziewięć razy... Ja wiem, że na chłopski rozum, najstraszniejsze to jak lek nie zadziała, jak pojawią się powikłania, ale on tej wyższej kalkulacji nie pojmuje kompletnie, natomiast przeżywa ogromnie takie rzeczy, które dotykają go bezpośrednio tu i teraz. On nie wie, że to dla jego dobra, żeby wyzdrowiał, że będzie tylko lepiej, starszemu dziecku, które już kuma wiele rzeczy można próbować tłumaczyć i na pewno nie w sposób taki, że to nie boli, a jak będziesz grzeczny to będzie nagroda. Tzn. nagroda zawsze mile widziana, ale nie w tym sęk.
Nie można uczyć dziecka, że nic nie boli, wszystko jest przyjemne, nie można kłamstwem, które i tak wyjdzie na jaw, koloryzować świata. Trzeba przyzwyczajać i uczyć, że w życiu jest też miejsce na ból i cierpienie i trzeba uczyć się go znosić i stawiać czoła, suma doświadczeń czyni człowieka silniejszym.
I przede wszystkim nie kłamać, tylko tłumaczyć sytuację. Póki moje dziecko będzie malutkim wystraszonym pisklakiem, które broni się płaczem, bo niewiele rozumie, póty najbardziej będzie mnie bolał jego strach i przerażenie. Śmiałam się jeszcze nie tak dawno temu z matek, że zachowują się jak rozjuszone lwice jeśli chodzi o cokolwiek związanego z ich dziećmi, teraz sama rzuciłabym się do gardła każdemu, kto spróbowałby tknąć palcem moje dziecko.  Niesamowity jest koktajl hormonów i ten instynkt, który zalewa człowieka, jak tylko mały człowieczek wlezie do głowy i nadgryzie mózg
J

To dopiero pierwsza poważna choroba, która psychicznie mnie wykańcza, tym, że oprócz długotrwającej już choroby, musi ten maluszek mierzyć się z bólem
i codziennym strachem podczas zabiegów. A także z myślą, że rodzice na jego „krzywdę” przyzwalają i biorą w niej udział. Ja zdaję sobie sprawę, że jestem nadwrażliwym osobnikiem, ale wiem też z opowieści koleżanek, że nie jestem nienormalna ani sama w tym, że czasem solidarnie ryczę razem z dzieckiem, tyle, że z innych powodów.

Komentarze

  1. W marcu mój syn miał operację i teraz dopiero mogę powiedzieć czym jest strach o drugiego człowieka, o swoje dziecko. To był.najgorszy okres w moim życiu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Współczuję bardzo. Na tym etapie nie jestem w stanie sobie tej sytuacji nawet wyobrazić ;/

      Usuń
  2. Pamiętam, jak cztery dni po urodzeniu Tosi usłyszałam, że ma ona zapalenie płuc i musi zostać w szpitalu, a ja wychodzę do domu. Strach, zagubienie, ból, totalnie złe emocje, które trudno było opanować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My też z zapaleniem płuc walczymy...zapomniałam dodać właśnie o zagubieniu, które pojawia się w głowie wraz z pytaniem "co teraz?"

      Usuń
  3. Moja córka też majówkę ma nieciekawą, a to za sprawą klimatyzacji w aucie. Poprzednią sobotę 4-letni wnuczek spędził w samochodzie, przemieszczając wzdłuż i wszerz województwo, szukając atrakcji dla małolata. No i teraz katar , kaszel. A lęk przed żmijami, wężami mam taki sam w realu i w snach. Nawet rysunek mnie przeraża.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O dokładnie, ja się boję rysunku dotknąć nawet - nie wiem czy to normalne :) A wnuczkowi życzę dużo zdrowia, niech chłopak szybko zdrowieje, bo piękna pogoda za oknem czeka :)

      Usuń
  4. A ja igieł nie boję już bo po przejściu powikłanego zapalenia zatok, które rzuciło mi się na oko dałam sobie w szpitalu robić wszystko i przestałam się tego akurat bać raz na zawsze. Zresztą pielęgniarki były cudowne i bardzo delikatne . Ale boję się za to wielu innych rzeczy i mówię zawsze, że trzęsę jak zając chociaż w konsekwencji wszystko przetrzymuję i ogarniam. Paradoksalnie w stresie działam mega skutecznie i nie paraliżuje mnie wcale, wręcz przeciwnie. No a o dziecko to już jest czasem wręcz panika więc współczuję Ci bardzo bo chyba rozumiem co czujesz. Jak coś synkowi dolega to nie śpię całymi nocami i koczuję przy nim non stop. Jednak wiem, że te lęki przyciągają jeszcze więcej powodów do lęku więc staram się je wyeliminować z mojej głowy i duszy. Życzę Wam zdrówka, żebyście jak najszybciej je odzyskali :-) A Tobie siły :-) ♥ Ps .są tacy, co jednak czytają w majowe weekendy ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo :* I bardzo, bardzo, ale to bardzo mi miło, że mimo weekendu, poświęciłaś czas na czytanie :) Odzyskałam wiarę w majowe weekendy ;) A poważnie, to ja mam podobnie, że trzęsę się i przeżywam, głównie w sobie, a potem jak już dochodzi do godziny zero, spinam się i zagryzam zęby i...zwyciężam :) Jak chirurg znieczulał mnie do usuwania ósemki, a wiadomo znieczulenie to igła, jak leżałam i czekałam aż zacznie działać, to tak się mimowolnie trzęsłam, że narzędzia ze stolika, który przylegał do fotela, pospadały :) Podobnie rzecz się miała przy znieczuleniu przed porodem, razem ze mną trząsł się cały stół i wszelkie akcesoria na nim, ale potem jak już leżałam "zniewolona" ogarnęłam sytuację w 2 sekundy ;) Ale jeśli chodzi o moje dziecko, przy pierwszej trudności - wbicie wenflonu to nie jest koniec świata, ale dla mnie to był koniec świata - padłam psychicznie i rozryczałam się jak dziecko.

      Usuń
  5. Ja Cię rozumiem. Strach o bliskiego, a już zwłaszcza o dziecko to najsilniejszy strach jakiego kiedykolwiek doswoadczylam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja podobnie, pierwszy paraliżujący strach opętał mnie tuż przed porodem, ale musiałam wziąć się w garść i "pchać ten wózek dalej", kolejne paraliże przyszły z chorobą dziecka...

      Usuń
  6. Nie boję się igieł, pobierania krwi, kroplówek. Nie boję się dentysty, usuwania zębów, a nawet ból przy porodzie nie zniechęcił mnie do marzeń o drugim dziecku. Zaciskam zęby jak pobierają krew dla mojego niemowlaka, po raz enty, a ma dopiero 5 miesięcy... Mnie paraliżuje każda wizyta u lekarza z wynikami mojego dziecka. Każdy ma coś nowego do powiedzenia, odsyła w inne miejsce "wmawia" nowe przypadłości, a ja niemal przez łzy opowiadam jak w 20 tc wykryto pierwszą wadę i do dziś coś nie gra... :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci współczuję :( I trzymam kciuki za Maluszka, żeby wyszedł na prostą, a Ty żebyś odetchnęła, dużo zdrowia Wam życzę.

      Usuń

Prześlij komentarz

NAJCHĘTNIEJ CZYTANE

POSTANOWIENIA NOWOROCZNE TO ŚCIEMA - PODSUMOWANIE 2018

POSTANOWIENIA NOWOROCZNE TO ŚCIEMA
Postanowienia noworoczne to wielka ściema, na dodatek wszyscy udają, że ściemą nie są i co roku skrzętnie tworzą obszerne listy. Też tak kiedyś robiłam 😊 Ale człowiek uczy się na błędach, więc od dawna już tego nie praktykuję, natomiast im jestem starsza, tym bardziej cenię czas, chwilę tu i teraz, brak wielkich i precyzyjnych planów na kolejny rok, dwa, trzy, a w zamian za to praktykuję maksymę „carpe diem” i jeśli wymyślę sobie jakieś mocne postanowienie to nie czekam do 1 stycznia tylko sprawdzam, czy ma szansę przetrwania pomysł po natychmiastowym procesie realizacji 😉 Niektóre pomysły żyją dłużej, niektóre krócej, a niektóre spalają się już przy starcie. Generalnie mam kupę zapału i miliony myśli w głowie, a czasu jakby proporcjonalnie mniej. We wszystkim ogranicza mnie czas. Jak każdego. Dlatego tak bardzo go cenię, szanuję i staram się nie marnować chwil chyba, że są one przeznaczone na zmarnowanie zwane snem 😉
BILANS ZYSKÓW I STRAT
Zamiast …

CHODŹ ZE MNĄ DO TEATRU - "TRUCIZNA" MAREK GIERSZAŁ

Temat straty, żałoby, załamania, bólu, ogromnej tęsknoty jest bliski nam wszystkim. Każdy nosi blizny na duszy...jedna z najnowszych sztuk wystawiana w tym sezonie na deskach Sceny STU traktuje właśnie o tych emocjach, a bliżej o radzeniu bądź kompletnym nieradzeniu sobie z nimi. Znamienny tytuł "Trucizna" otwiera pola interpretacyjne dość szerokie,
a o to co oznacza dosłownie trzeba by chyba zapytać reżysera sztuki - Marka Gierszała.

Uprzedzam, że będzie trudno, smutno, momentami boleśnie, ale...warto.
STRATA, RANY I BLIZNY Wydaje się, że największa tragedia dzieje się wtedy, kiedy odchodzi ktoś bliski – umiera, znika na zawsze z tego świata. Ale to nieprawda – nie tylko fakt śmierci jest tragiczny. Życie po tragedii, zmaganie się z nią, próba dalszego funkcjonowania czasem dla kogoś jest o wiele cięższa do udźwignięcia. Problem straty i życia ze stratą jest bliski niemal każdemu człowiekowi, więc to otwieranie ran przez bohaterów na scenie staje się automatycznie kataliza…

(Pytanie retoryczne) Czy książka jest dobrym prezentem świątecznym?

Co to pytanie retoryczne, nikomu tłumaczyć nie muszę, choć mogłoby stanowić to zajawkę do wywodów filologicznych, jednak oczywistej oczywistości się nie tłumaczy, a tak już w ogóle to post miał być na temat prezentów świątecznych, choć tak naprawdę, to tylko pretekst do dłuższej opowieści o książkach. WĄCHAM, DOTYKAM, SMAKUJĘJedni wybierając sobie lekturę kierują się fabułą, inni gatunkiem, jeszcze inni osobą autora, część czytelników lubiących być na bieżąco – listami bestsellerów ostatnich miesięcy. Ja natomiast kieruję się węchem, wzrokiem i dotykiem, smak niestety odpada, bo już 30 lat mam i choć mój syn uparcie głównie kieruje się jeszcze smakiem, jeśli o wybór pozycji czytelniczej chodzi, to mnie, matce, kobiecie po 30-stce i filologowi przede wszystkim, nie przystoi. Nie wypada mi mówić też, że w większości przypadków, stojąc w księgarni, przy uginających się półkach, nie szukam konkretnej wartościowej pozycji książkowej, czy księgozbioru danego autora, ale rozglądam się, namie…