Przejdź do głównej zawartości

Dlaczego nie piję zimnej kawy, czyli o trudach macierzyństwa.



Nie pijam zimnej kawy, bo jej zwyczajnie nie lubię. Do napisania tego postu zainspirowały mnie…inne posty o trudach macierzyństwa, których symbolem stała się zimna kawa. Opowieść swą prowadzę z perspektywy czasu (trochę ponad rok), więc powiedzmy, że emocje już opadły i nabrała ona wiarygodnego obiektywizmu. Gdybym pisała to ponad dwanaście miesięcy temu, pewnie zasnęłabym w połowie drugiego zdania, nad niedopitą kawą, z obrzyganą pieluchą tetrową zwisającą z kolan i zamarłą na ustach modlitwą przynajmniej dwugodzinną drzemkę daj mu/mnie Panie. Drzemki to taki cudowny czas, w którym dzieje się tysiąc magicznych spraw ziemskich, niemożliwych do wykonania inną dzienną bądź nocną porą. Wtedy bierzesz najszybszy prysznic
w swoim życiu, suszysz włosy i nasłuchujesz, czy przez szumy suszarki nie przebija się jęk/płacz/skowyt (niepotrzebne skreślić). Opanowujesz do perfekcji wykonywanie wszelkich czynności w absolutnej ciszy, żeby tylko nie zbudzić śpiącej Bestii, bo wtedy wiadomo – jesteś w dupie z prysznicem, ciepłą kawą, małą przekąską zwaną szumnie śniadanio-obiadem, zupą na kolację, praniem, prasowaniem, pobieżnym sprzątaniem, codzienną prasą, ulubionym odcinkiem serialu, kilkudziesięcioma stronami książki, odpisaniem zaległych smsów i maili. Jeśli jesteś mądrą matką to jesteś w dupę tylko wspólną drzemkę. Słyszałam,
że podczas drzemek najlepiej odsypiać z dzieckiem zarwane noce („zarwane noce”…co ja o was wiedziałam, przed narodzinami?!), ale ta przeogromna radość, że mam „czas wolny” nie pozwalała mi nigdy zasnąć. A kiedy już zdecydowałam, że położę się na chwilkę, mój syn szybko mnie od tej decyzji odwodził nagłą pobudką.

Na początku był ból, brak snu, ciągły głód i…strach przed własnym dzieckiem. Wtedy dowiadujesz się, że tak naprawdę oprócz wielkiej miłości i koktajlu hormonów, rządzą Tobą podstawowe potrzeby fizjologiczne. Generalnie rzadko bywałam rozdrażniona i zła, bo dziecko płakało, nie chciało zasnąć w 5 minut, chciało wisieć na mnie kolejne 6 minut. Byłam zła, ba! doprowadzona do granic rozstroju nerwowego, bo po prostu byłam cholernie głodna, cholernie niewyspana, przez pierwszych parę tygodni obolała i przerażona, że nie będę wiedziała co zrobić, jak dziecko zakrztusi się mlekiem, wymiotami, dostanie nagle gorączki, nie będę mogła zatamować płaczu, wrzasku itd. Brzmi absurdalnie, ale naprawdę bywały dni, kiedy przerażeniem napawało mnie sam na sam z tą małą istotą w obawie, że nie będę umiała mu pomóc w razie jakiegoś „wypadku”. Nawiązując do wyżej wspomnianych wymiotów – podczas każdego karmienia bałam się, że nie zdążę podłożyć pieluchy na ramię, zanim zarzucę tam dziecię,
że nie zdążę stanąć nad płytkami, żeby fala ulanego mleka poszła na powierzchnię łatwo zmywalną, a nie na kanapę, pościel czy dywan
J Nasz syn był niestety dzieckiem mocno ulewającym, choć dla nas po prostu strasznie rzygającym. Sterta pieluch tetrowych i ręczników papierowych to zestaw podstawowy matki karmiącej w moim przypadku. Ciężki okres, który miał minąć po pół roku, przeciągnął się chyba do dziewiątego miesiąca, kiedy zwracała się na białe body, pomarańczowa marchewka, zielony szpinak z ziemniakami, kaszka
z truskawkami. Wszystkie kolory tęczy przyjęła nasza pokaźna kolekcja pieluch.

A potem przyszło do domu zbawienie w postaci bujaczka, najcudowniejszej rzeczy wynalezionej chyba dla rodziców, polecam wszystkim obecnym
i przyszłym rodzicom, jeśli kompletujecie wyprawkę – absolutny
must have J Syn zachwycony bujał się czasem nawet godzinę rano, grzechocząc zabawkami albo walcząc z gryzakiem. Wtedy mogłam ogarnąć się w łazience, wysuszyć włosy, na jednej nodze zrobić śniadanie i zjeść w locie między bujakiem, a łazienką. Wtedy też wypijałam kolejną ciepłą kawę, na dwa razy, ale grunt, że ciepłą. Wtedy też udawało się ugotować coś na szybko, wystarczyło włączyć reklamy i podczas bloku reklamowego obrać i pokroić warzywa i wrzucić do gara na zupę. Jeśli reklamy skończyły się zbyt wcześnie, wystarczyło podkręcić tempo w kuchni i odśpiewywać po kolei czołówki Gumisiów, Kubusia Puchatka, Baranka Shauna aż do momentu kiedy Książę nie znudził się popisami wokalnymi matki
i donośnym głosem dał do zrozumienia:
Zabierz mnie z tego bujaka i zabaw mnie, bo przestało mnie śmieszyć Twoje wycie. Piękny czas…a potem przyszła do domu mata i oprócz ciepłej kawy, udawało mi się nawet poćwiczyć razem z Mel B i Olafem turlającym się po macie. Powoli ogarnęliśmy sobie plan dnia i na luzie zaczęliśmy funkcjonować, jednak powracającym problemem był, jest i podobno jeszcze parę lat będzie, brak snu, a raczej chroniczne niedospanie. I to w zasadzie jedyne proroctwo, które się spełniło. Nie miałam z resztą wątpliwości, co do jego autentyczności.

Mówili – obetnij te kudły, bo dziecko Ci i tak powyrywa – zapuściłam o kolejne
10 cm, a straciłam w sumie może dwie wyrwane garści, z własnej winy – nie zdążyłam związać na czas
J

Mówili – obetnij pazury bo dziecko podrapiesz, z resztą teraz skończy Ci się malowanie, nie będziesz miała czasu włosów nawet umyć – dziecko do tej pory bez uszczerbku, pazury skróciłam, ale oddałam pieczę nad nimi kosmetyczce (jedna z rozrywek matki), włosy myłam na drzemce albo rano jak byliśmy
w domu wszyscy, makijaż też jakoś udawało się na drzemce ogarnąć, może niewysokich lotów, ale nauczyłam się przynajmniej malować twarz, w taki sposób, aby zakryć wygląd zombie. Umiejętność ta przydaje mi się teraz jak wstaje rano do pracy.

Straszyli też, że będę musiała zrezygnować ze swoich pasji i ulubionych zajęć, owszem, nie mogę usiąść z książką i czytać do 4 rano bez przerwy, czy słuchać muzyki godzinami na maxa, czasu tak naprawdę dla siebie jest tyle, co kot napłakał, ale wydaje mi się, co chyba stanowi przedwczesną konkluzję, że dla chcącego nic trudnego przy odrobinie poświęcenia. I tu znów cudowne dwie drzemki w ciągu dnia i błogi wieczór są sponsorem kilku stron książki, paru utworów wysłuchanych na słuchawkach czy odcinek odmóżdżającego serialu, albo film oglądany na raty (każde karmienie to jakieś pół godziny filmu albo dwa przeczytane artykuły do przodu). Dwa miesiące po porodzie, siedziałam już na sali teatralnej, w myśl zasady, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Pokutuje w dalszym ciągu jakieś durne przekonanie, ze najlepsza matka to ta udręczona, z worami pod oczami, wściekła na cały świat, poświęcająca się
i wypominająca na każdym kroku swoje poświęcenie dla rodziny, biegająca cały dzień ze szmatą, mopem, przygotowująca obiad na dwa dania i deser. Prawda jest też taka, że część kobiet sama się unieszczęśliwia, uważając, że są niezastąpione i wszystko najlepiej zrobią same, a potem zaczynają się wyrzuty
i pretensje, że tylko one w tym domu sprzątają, zajmują się dzieckiem, gotują itd. To one zazwyczaj piją zimną kawę i machają tą złowieszczą szmatą do podłogi nad głową i straszą swoje koleżanki, że macierzyństwo to poświęcenie, ciągły trud, rezygnacja z siebie, kompletny brak czasu, koniec życia niemal.

I owszem to jest poświęcenie i trud, walka z własnymi słabościami, testowanie swoich granic ale to jedna z najpiękniejszych i najwdzięczniejszych dróg, jakie mamy okazję przejść. Mamy w rękach życie małego, bezbronnego człowieka
i taki ogrom miłości i radości w sobie, że co chwile chce się krzyczeć i płakać ze szczęścia. W międzyczasie płacze się z głodu, niewyspania, braku sił ale każda Wielka Sprawa wymaga poświęcenia, nic co wartościowe nie przychodzi łatwo. Więc nie demonizujmy tak macierzyństwa i nie oblewajmy go też różowym lukrem, jak we wszystkim złoty środek jest wskazany
J

No i na koniec zostawiłam sobie najważniejsze - mój tajemny sekret, dzięki któremu moja przygoda z macierzyństwem, mimo, że niełatwa, jest fascynującą podróżą. Dzięki niemu też nie musiałam rezygnować z pasji, tego co mi sprawia radość i definiuje mnie jako mnie. Nie pozwala mi on paść na twarz ze zmęczenia, głodować czy pić jedną zimną kawę przez cały dzień. Moim sekretem jest mój najcudowniejszy Mężczyzna i tata Olafa w jednym. Do tej pory nie wiem, czy los mi go zesłał za jakieś specjalne zasługi, o których nie mam pojęcia, czy stwierdził: Wystarczająco już chyba przez tyle lat obiłem jej dupę, czas na zmiany. To on zajmował się Olafem od pierwszych dni i wstawał w nocy razem ze mną pomóc mi go nakarmić i poskromić niesforne wymioty, kiedy jeszcze
w pierwszych dniach nie byłam w stanie nawet sama podnieść się na łóżku, nie mówiąc o podniesieniu dziecka, czuwał, opiekował się nami. Potem bez problemu udawało nam się dogadać jeśli o opiekę chodzi, tak, żeby wilk był syty
i owca cała. Czytam i słyszę od koleżanek, że nie zostawiłyby dziecka z facetem, bo mają przekonanie, ze nikt nie przewinie, czy nie nakarmi tak dobrze jak one, inne narzekają, że wszystko muszą robić same, że muszą prosić o pomoc
w opiece nad dzieckiem, człowieka, który przecież też jest rodzicem w takim samym stopniu.
 Myślę, że sekretem i gwarancją sukcesu jest dogadanie się, podzielenie obowiązkami, skonstruowanie takiego planu, żeby nikt nie czuł się skrajnie pokrzywdzony. I nie wierzę w to, że jeśli mężczyzna Cię kocha, powie Ci: Wiesz co, nie, radź sobie sama, nie obchodzi mnie, ze jesteś głodna, lecisz na ryj, nie masz kiedy się wysikać, ja chcę odpocząć/iść na piwo/obejrzeć w spokoju film. Każdy odczuwa zmęczenie, czy frustrację, nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale trochę humoru, odrobina współpracy, garść zrozumienia i morze miłości mogą zdziałać cuda i będziecie razem popijać niespiesznie kawę z mlekiem, kostką czekolady i szczyptą cynamonu.

Komentarze

Prześlij komentarz

NAJCHĘTNIEJ CZYTANE

WSZYSTKIE NIEPRZESPANE NOCE, CZYLI DRAMAT W PIĘCIU AKTACH

Jestem fetyszystą snu – z ułomności tarczycowych, z upodobania, może dużą rolę odegrała w tym genetyka. Nieważne. Ważne, że czynników sennogennych nakładających się na siebie jest tak wiele, że natury nie oszukasz i tego nie przeskoczysz. Sen mój jest, a raczej był, tak głęboki i mocny, że nie obudziłyby mnie wystrzały z armat, nawet jeśli armia by mnie wyniosła z łóżkiem na pole walki.
A teraz natura contra natura, bo oto rodzi się dziecko, a małe dziecko wiadomo – brak snu. Jakby nie obalać mitów macierzyństwa, to jest to akurat fakt niezbity, nie do przeskoczenia. Prawda, nie fałsz. I oto ścierają się te dwie natury – mój wewnętrzny fetyszysta snu i ja matka.
PROLOGGdzieś w połowie ciąży sen nie chciał nagle przychodzić, tzn. przychodził nad ranem kiedy niekoniecznie miałam możliwość go przyjąć, robota nie poczeka. Później kiedy robota poszła w las, po nocy, kiedy sen miał mnie gdzieś 
i przychodził regularnie o 5 rano, spaliśmy czasem do południa, póki głód nas nie nawiedził. I tak…

MOMENT, W KTÓRYM ŚWIAT I SERCE ROZSYPUJE SIĘ NA MILION KAWAŁKÓW

Moment, w którym świat i serce rozsypuje się na milion kawałków znajomy jest pewnie każdemu. Dziś rozsypał się świat pewnym rodzicom, których synek walczył do samego końca, był dzielny, silny, niezwykle pogodny, zadziwiająco radosny jak na ogrom cierpienia, biegł cały czas w stronę życia…nie miałam zaszczytu poznać osobiście tego Wojownika, niestety…Odwiedzałam go codziennie w wirtualnej rzeczywistości, z całych sił trzymałam kciuki, cieszyłam się jak szło w dobrą stronę, jak wyniki były coraz lepsze, jak ogromna to była radość, kiedy maluch mógł wyjść ze szpitalnego łóżeczka do domu. Ostatnie tygodnie jednak były pełne strachu, drżącymi palcami klikałam w każdą kolejną wiadomość na temat zdrowia…
Walka dziś dobiegła końca. Walka niesprawiedliwa, nierówna od samego początku, z okrutnym finałem.
Piszę dziś o tym wyjątkowym chłopcu, bo nie potrafię o niczym innym dziś ani myśleć ani pisać. Skradł moje serce od razu, stał mi się bardzo bliski i nie tylko mi…będąc częścią tej wielkiej Ro…

[WYWIAD] PODRÓŻE Z DZIECKIEM

Wakacje tuż, tuż, słońce grzeje coraz mocniej, w głowie szumi woda, szumi las, ale mamy małego osobnika na pokładzie i masę wątpliwości. Czy nie robić problemu i zostać w domu, bo przecież z takim maluchem, to żaden odpoczynek, a same problemy? Czy aby to bezpieczne? Czy da się zorganizować fajny, wspólny wakacyjny czas z wózkiem przyrośniętym do ręki i nosidłem na plecach? Czy lepiej jechać gdzieś blisko, czy wyruszyć za granicę? Czy podróżować autem, czy jednak samolot? Wszystko jest kwestią dobrego ZAPLANOWANIA, oczywiście nie da się przewidzieć wielu rzeczy i nie przewidzi się wszystkiego, a życie zawsze nas zaskoczy, ale podstawy trzeba wyrobić sumiennie, dzięki fundamentom konstrukcja w razie burzy nie powinna runąć, a urlop zakończyć katastrofą. Pierwsze wakacje już mamy za sobą, wielogodzinną podróż autem, powrót
z chorobą i masę fajnych wspomnień J Ja byłam szczęśliwa, że razem spędzamy czas, w końcu wyrwałam się z domu i Krakowa, i znów widzę jeziora i morze, za którymi tęskn…