Przejdź do głównej zawartości

PRAWO GŁOSU


Zróbmy eksperyment. Wyobraź sobie, że lądujesz w jakimś egzotycznym kraju, kulturze, której nie ogarniasz, wśród ludzi mówiących językiem, którego nie rozumiesz. Nie wiesz, gdzie jesteś, ale wiesz, że jesteś głodny, zmęczony, coś cię boli. Spotykasz tubylca i próbujesz jakimś sposobem się dogadać – zapytać o sklep z jedzeniem, suchym ubraniem, swoją lokalizację, jakiś szałas z posłaniem. Jak to zrobisz? W jaki sposób zasygnalizujesz bez mowy swoje potrzeby? Wyobraziłeś sobie tę sytuację? Zdążyłeś się zestresować? Na pocieszenie powiem, że istnieje całkiem liczne grono nieszczęśników, którzy mają gorzej – niemowlęta.

Nie dość, że nie potrafią ani słowa z siebie wykrztusić (choć pewnie czasem ciśnie im się na usta sterta wulgaryzmów, z których wybrzmieć może tylko jedna głoska, ewentualnie – na wyższym poziomie wtajemniczenia – sylaba), to jeszcze kompletnie nie rozumieją, gdzie są, po co czy kim są ci wszyscy ludzie wokół. One dopiero poznają świat i uczą się go, nie mają żadnej wiedzy ani doświadczenia, żeby wyjść z opresji najprostszych sytuacji, które im się przydarzają. A my, dorośli, jesteśmy potwornymi egoistami, bo chociaż wymagamy od dzieci jak najszybszego opanowania mowy, a przynajmniej jasnego komunikowania potrzeb, to sami rzadko się staramy zrozumieć ich język. W przypadku dzieci język to nie tylko mowa; to przede wszystkim gesty i szereg niewerbalnych komunikatów. Tutaj dotykamy właśnie kwestii barier i szumów zakłócających komunikację. Dlaczego nauka języka ma nie działać w dwie strony? A gdyby się odrobinę wysilić i dostrzec, że ten mały człowiek to równoprawny człowiek, też ma dwie ręce, nogi, parę uszu i oczu. Ma co prawda trochę mniej lat i zmarszczek, ale nie znaczy to, że nie ma praw głosu czy wyboru.

Do poruszenia tego tematu zainspirowała mnie niedawna sytuacja. Wracam z pracy, późne popołudnie, supermarket, kobieta, matka dwóch synów, z czego jeden już śmiga między półkami, drugi (niestety) jest uziemiony przez brak umiejętności chodzenia w wózku sklepowym. Wrzask, płacz, łzy się leją, chłopczyk szarpie kurtkę ze wszystkich sił, rzuca się po tym wózku, a ja tylko obserwuję, kiedy wyląduje z głową na podłodze, bo matka pozostaje zupełnie głucha na ten skowyt, ze stoickim spokojem i uśmiechem zastygłym na twarzy oglądając szlafroczki. Osobiście nie mam nic do szlafroczków, swój pluszowy wręcz uwielbiam, ale w tym momencie mam ochotę użyć szlafroczka jako broni. Akrobacje dzieciaka mogły skończyć się na posadzce z rozbitą głową, w najlepszym wypadku, a w dodatku po 20 minutach płaczu i wrzasku okazało się, że kobieta wie, o co jej synowi chodzi. Pytanie, czy wiedziała od początku, ale stwierdziła, że jak zignoruje dziecko, to przestanie się w końcu drzeć, czy doznała objawienia nagłego. Dziecku było po prostu niewygodnie i gorąco w tej puchówce, co komunikował szarpaniem kurtki i płaczem, nie potrafiąc jeszcze sam się rozsunąć i wyswobodzić. Zaraz po rozebraniu chłopca i wzięciu go na ręce kobieta mogła kontynuować oglądanie tej nieszczęsnej odzieży nocnej. Płacz magicznie ustał. Jeden rzut oka wystarczył, żeby zrozumieć, co mały nieszczęśnik mówi. Niezależnie od tego, czy tego nie dostrzegła, czy była leniwa i skupiona na sobie, zabrakło tu uważności. Ta prosta sytuacja pokazał mi, jak wielkim problemem są podstawy komunikacji, a nawet samej chęci do jej nawiązania z WŁASNYM dzieckiem.

Amerykański psycholog i psychoterapeuta dr Thomas Gordon, znany głównie z Treningu Skutecznego Rodzica, opracował metodę rozwoju umiejętności interpersonalnych na linii rodzic–dziecko, kształtującą u matek i ojców zdolności komunikacyjne. Metoda polega na zrozumieniu i rozszyfrowaniu wskazówek niewerbalnych, które malec wysyła, a następnie odpowiadaniu na te wskazówki, aby znaleźć rozwiązanie. Każde zachowanie malutkiego, kilkutygodniowego dziecka ma jakiś cel. Na samym początku jest płacz. Płacz potrafi skutecznie rozstroić nerwy rodzica, jeżeli jest nieustający, przeraźliwy, na wysokich tonach. Kiedy już rodzicom brakuje pomysłu bądź są wyczerpani tą arią dzienno-nocną, kierują się złotymi radami koleżanek, ciotek, matek, babek i robią to, co można zrobić najgorszego – zostawiają niemowlę, żeby się wypłakało, bo a) jak będziesz do niego przybiegać na każde zawołanie, to się tak nauczy i będzie cię wykorzystywać i terroryzować; b) dziecko musi sobie popłakać, zmęczy się, to przestanie; c) zostaw je, bo płaczem wymusza, żeby na ręce wziąć i nosić, a jak się nauczy, to potem sobie nie poradzisz. Itp. Mogłabym tak mnożyć przykłady, które są kompletną bzdurą, robiącą głównie szkody w małym człowieku. Nóż mi się otwiera w kieszeni, jak słyszę jeden z tych tekstów w dowolnej wariacji słownej. Podstawowa zasada – jeżeli dziecko płacze, to znaczy, że potrzebuje twojej reakcji i pomocy, nie umie przecież nic innego zrobić, żeby się z tobą skomunikować. I uwierz mi, nie jest małym strategiem, kombinującym, jak tu sobie podporządkować dorosłego i zmuszać go do czegokolwiek. Ono jest po prostu głodne, zimno mu, boi się czegoś, potrzebuje czułości, bliskości, może coś mu dolega, jest mu niewygodnie – możliwości jest wiele, płaczem robi, co może, żeby ogłosić, że nastąpił error. I to ty, rodzicu, jesteś od tego, żeby dociec przyczyny płaczu i rozwiązać problem. Płaczem też sygnalizuje, że kompletnie nie tym tropem powinieneś podążać. Bierzesz je na ręce, a ono dalej płacze, dajesz jeść, ale nie chce, okrywasz kocykiem, dalej płacze – może potrzebuje ulubionej zabawki, może kołysanki, może szumiącego misia. Podejmując próby, nawiązujesz nić komunikacji, uczysz siebie i dziecko znaków, oznaczających dane pojęcia.

Wracając do złotych rad, zostawianie dziecka samemu sobie i pozwolenie mu się wypłakać tak naprawdę nie powoduje, że magicznie kończy się zbiorniczek ze łzami, a niemowlę zaczyna gruchać i uśmiechać się do ciebie albo zasypia. Ono przestaje płakać, bo już jest kompletnie tym procesem zmęczone i wyczerpane. Kiedyś czytałam pewien raport wolontariuszki pracującej w domu dziecka. Opowiadała, że w sali stoi kilkanaście łóżeczek z niemowlakami i jest cisza, dzieci nie płaczą. Zdziwiona zaczęła dociekać, dlaczego tak jest. Otóż nie sposób każdemu z nich zastąpić mamy, skomunikować się z nim, one płaczą przeraźliwie do momentu, kiedy są już wyczerpane i zasypiają ze zmęczenia, a potem uczą się, że nikt nie reaguje, tracą nadzieję i odpływają, w nazwałabym to - krainę smutku i pustki. Poruszyło mnie to na tyle do głębi, że kiedy nie dawałam już rady z ogarnięciem płaczu własnego dziecka i byłam bliska poddania się, przypominałam sobie te słowa i uświadamiałam sobie, że moje dziecko jest zdrowe, więc płacze, bo ma niezaspokojoną jakąś potrzebę. Z tym też wiąże się to straszne sformułowanie – „noszenie na rękach”. To nie jest kaprys małego dziecka, to ogromna potrzeba bezpieczeństwa i ciepła matki. Ilość bodźców, jaka atakuje takiego malucha, w pewnym momencie go przytłacza, więc uścisk, znajomy głos i kołysanie pomagają mu przez to przebrnąć. I ja naprawdę rozumiem, że kiedyś popularna szkoła zimnego wychowania święciła triumfy, ale czasy się zmieniły, nauka poszła do przodu i może warto skorzystać z jej zdobyczy, zdając się na intuicję zamiast sztywnych reguł.


Nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć o kluczowej barierze w procesie komunikacji, czyli podejściu „ja wiem lepiej, czego chcesz”, które pojawia się często, kiedy rodzicom nie chce się dociekać przyczyny płaczu czy trudno akceptowalnego zachowania. Np. żeby załagodzić wrzask w sklepie, matka daje z półki pierwszą lepszą rzecz i wciska dziecku, żeby uciszyło się, dziecko dalej płacze, bo to nie jest to, o co mu chodziło, matka wścieka się jeszcze bardziej, bo przecież wedle jej uznania zaspokoiła potrzebę. Owszem, ale swoją, nie dziecka. Ludzie najczęściej w takiej kłopotliwej sytuacji chcą uciszyć malca za wszelką cenę, odwrócić jego uwagę od prawdziwych potrzeb – bo co pomyślą inni. Ano ile ludzi, tyle myśli. Jedni może faktycznie pomyślą, że rodzic zdroworozsądkowo podszedł do sprawy i nie pozwala sobą rządzić, uciszył bestię wyciągając za fraki na parking. A inni mogą pomyśleć, że rodzic jest egoistą skupionym na tym, żeby mieć święty spokój jak najszybciej, bardziej przejmuje się opinią obcych ludzi niż potrzebami własnego dziecka, co wynika z braku podstawowej wiedzy pedagogicznej. Każdy kij ma dwa końce i każda sytuacja może zostać oceniona z dwóch różnych perspektyw. A teraz się zastanów, chcesz właśnie się przejechać zielonym porsche, a wciskają cię do różowej multipli z futrzanymi pomponikami przy kierownicy. Chyba robi ci to różnicę, prawda? Małemu Odkrywcy też robi różnicę, czy dostanie tę konkretną żółtą piłeczkę, bo aż skacze z podniecenia na jej widok, czy przypadkową torebkę z fistaszkami, którą kompletnie nie jest w tej chwili zainteresowany.

Tylko ogromny spokój może nas uratować w procesie komunikacji z maluchem. Podkreślam słowo „ogromny”, bo szczypta może nie wystarczyć. Spokój generuje atmosferę, w której łatwiej rozwiązać problem i podjąć w ogóle próbę odpowiedzenia na sygnały dziecka. Tylko skupienie, spokój i obserwacja pozwala na niewerbalną komunikację, wszelkie szumy w postaci krzyków, wrzasków, nerwów zrywają połączenie z malcem, a proces komunikacji kończy się fiaskiem.

Mówiliśmy o płaczu, ale z czasem dochodzą do tego gesty, które są kolejnym stopniem wtajemniczenia. Dziecko potraf nam pokazać, czego chce, o co mu chodzi, czy mu się coś podoba, czy nie. Niesamowite, ile można za pomocą całej gamy gestów pokazać. Faktem jest też, ze dziecko na tym etapie złości się o wiele częściej, a płacz wykorzystuje do okazania zdenerwowania czy żalu. Jest o wiele bardziej świadome i irytuje się, ze nie rozumiesz go, że nie potrafisz odczytać jego mowy. No i wracamy do eksperymentu. Siedzisz na tej wyspie, głodny, przestraszony, bez możliwości porozumienia się. Gestami tłumaczysz tubylcowi, że chcesz jeść, a on klepie cię po głowie i wpycha ci garść liści albo robali do otworu gębowego, dziwiąc się, że wypluwasz pokarm, skoro sam o niego prosiłeś. Obecnie chyba każdy zresztą potwierdzi, że warto uczyć się języków obcych. Ignorancja bywa bolesna, a wystarczy odrobina dobrej woli i wysiłku włożonych w proces komunikacji i znikają bariery. Dzieci nagle zyskują głos. Nie zabieraj nikomu prawa do niego. I pamiętaj: karma wraca.



<Artykuł został opublikowany na łamach magazynu FUSS>

Komentarze

  1. ciężko się obsłużyć małym człowiekiem, staram się ale czasem nie mam siły :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepięknie napisany post !

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

NAJCHĘTNIEJ CZYTANE

PRZYPOWIEŚĆ O KARMIENIU NATURALNYM, CZYLI O TYM JAK MNIE OSZUKANO

Tak, to będzie post o karmieniu! Ale nie – nie o tym, które lepsze i co polecam,
a co jest zalecane odgórnie. Raczej chciałabym opowiedzieć swoją historię
i o tym jak zostałam oszukana! 
MADKI I MATKI
Zanim urodziłam Olafa, niewiele czytałam na temat karmienia, nie wchodziłam na fora, nie właziłam w to bagno "madkowe" o tym, co lepsze (porodowe fora mi wystarczyły, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że baby to jednak parszywy gatunek, jeśli chodzi o wspieranie się w najtrudniejszych momentach), a jak nie karmisz to zła jesteś, i lepiej żebyś już głodziła niż podawała sztuczne mleko, bla bla bla. Poza tym jakoś naturalnie założyłam, że skoro od połowy ciąży mleko kapie, to raczej wykarmię jednego malutkiego chłopca i jeśli będzie mi dane, to bardzo zależało mi, żeby przekazać mu to wszystko, co jest w mleku matki najcenniejsze. Bo o ile nie da się stwierdzić, czy udowodnić, który poród jest lepszy, tak w kwestii karmienia faktem niezbitym jest, że mleko matki rządzi. Ale nic na …

7 SPOSOBÓW NA SZCZĘŚLIWE ŻYCIE, CZYLI JAK NIE OSZALEĆ

Super Ekstra Zorganizowana byłam chyba ostatnio w podstawówce. Etat perfekcyjnej uczennicy w liceum, zakończyłam wraz z odbiorem świadectwa maturalnego, a na studiach jak przytłoczyło mnie nierealne, do stuprocentowego ogarnięcia - wpadłam w twórczy chaos. Śmiało piszę twórczy, bo 5 lat studiów przy nieludzkich wysiłkach podczas sesji, hektolitrach kawy, dziesięciu załamaniach nerwowych, upłynęło mi wolne od jakichkolwiek poprawek. Nie, nie dlatego, że uczyłam się dniami i nocami, czy byłam tak genialna, że kartki kolejnych lektur przerzucałam z prędkością światła i w takim samym tempie zapamiętywałam ich zawartość, ale właśnie przez swój twórczy chaos, z którego chłonęłam w tempie ekspresowym, wynosiłam meritum, okraszone paroma ciekawostkami i całą siecią skojarzeń i odnośników. Czasem zapamiętywałam totalną pierdołę, czy datę wydania pierwszego wydania jakiegoś tam dzieła, nie znając głównego wątku, ale owa pierdoła ładnie podana i dobrze doprawiona do smaku, powodowała, że sprawia…

Czy bez umytych okien święta się nie odbędą? Czyli czego życzę Wam na ten świąteczny czas.

Ostatnio było o prezentach, to może pociągnijmy magię Świąt teraz bardziej
w stronę duchową niż materialną. Stając w obliczu tych Świąt i zdarzeń przedświątecznych chciałabym się podzielić refleksją. Nie lubię ckliwości, ale nie obiecuję, że się przed tym uchronię, więc uczciwie ostrzegam, żeby potem nie było. Cały rok gdzieś wszyscy gonią, spieszą się, pędzą, przed Bożym Narodzeniem pędzamienia się w obłęd i czyste szaleństwo. Masa pytań kotłuje się w głowie, czy zdążę posprzątać, zrobić zakupy, kupić prezenty, przygotować potrawy, udekorować dom, a co jeśli nie? Czy coś się stanie jeśli do kolacji wigilijnej zasiądziemy godzinę później, bo karp potrzebował dojrzeć na patelni? Albo czy świat się zawali jeśli nie wszystkie potrawy wyjdą spod ręki pani domu,
a zostaną przyniesione z cukierni, czy sklepowej zamrażarki? To też nie tak, że nie rozumiem tradycji, owszem rozumiem, doceniam i sama chciałabym stworzyć dom pachnący piernikiem (choć jeszcze nie posiadłam tej tajemnej wiedzy, ja…