Przejdź do głównej zawartości

BUNT DWULATKA - A CO TO TAKIEGO? KRÓTKA INSTRUKCJA OBSŁUGI.

bunt dwulatka, emocje, cierpliwość, buntownik, rodzice, mama, walka, wybór
Bunt dwulatka to ogromny straszak na rodziców noworodków, już od pierwszych miesięcy słyszysz od rodziny i znajomych, że jak przyjdzie ten straszliwy bunt, to dopiero zobaczysz, co to znaczy mieć dziecko. Rozpanoszył się ten bunt, podporządkował sobie przestraszonych rodziców i podjada te „prawdy objawione” przekazywane od lat. A ja Wam powiadam, że buntu nie ma J Chyba, że naturalny etap rozwoju chcecie sobie tak przerażająco nazwać, to śmiało J

JEGO WYSOKOŚĆ BUNT


Mniej więcej około drugiego roku życia w układzie nerwowym małego człowieka zachodzą wielorakie i liczne zmiany, zapewniam, że nie jest to tak, że przychodzi Bunt do malucha i mówi: „Od teraz będziesz zły, idź i dewastuj świat i nerwy rodziców”. Mały człowiek szuka własnego „ja” – tak można najkrócej określić to, co wielu nazywa tym sławetnym buntem. Uczy się dopiero wyrażać swoje emocje, z którymi sobie nie radzi, bo jeszcze tego nie potrafi. Dorośli często mają ogromne problemy z radzeniem sobie z emocjami, a co dopiero taki maluch. Ich zachowanie bez przerwy oscyluje między arogancką niezależnością, a wieszaniem się rodzicowi na szyi. Buntując się wyznacza swoje granice, swoją odrębność, a to ma kolosalne znaczenie dla jego rozwoju. Ma dużą potrzebę sprawdzenia wszystkiego, dotknięcia, posmakowania, ale nie potrafi przewidzieć konsekwencji, np. jak zbije słoik, to może się skaleczyć, bo kawałki szkła są ostre. On tego nie wie, dlatego „kłóci się” z Tobą o ten słoik, że musi go mieć tu i teraz, jeśli mu go nie dasz z odwiecznym „nie bo nie” – przegrałeś.

Jeśli Twoim ulubionym słowem będzie „nie”, a zabraniał będziesz 98% rzeczy, które go ciekawią – przegrałeś.

Jeśli nie postarasz się nawiązać z nim dialogu i zrozumieć o co mu chodzi to znów – przegrałeś.
Dominika
To prawda, określenie „bunt dwulatka” przyjęło się bardzo szeroko i mam wrażenie, że dla wielu rodziców stało się zbawieniem. Dlaczego? Dlatego, że w końcu mogą „na coś zgonić” te niegrzeczne zachowania swoich dzieci. Bo w towarzystwie i miejscach publicznych mogą spokojnie rzucić hasło „Tak, to normalka, teraz ciągle krzyczy, płacze, wymusza, ma bunt dwulatka”. Takie przekonania po pierwsze krzywdzą dzieci, a  po drugie utrudniają relację między rodzicem a dzieckiem. Czy nie brzmi zupełnie inaczej zdanie: „Zachowuje się tak, bo jest teraz w trudnym momencie swojego rozwoju, nie potrafi jeszcze zapanować nad swoimi emocjami”? Ten etap 1,5 - 3 lata to po prostu ogromny skok rozwojowy, związany z rozwojem mowy, emocji, samoświadomości. Towarzyszy mu silna niestabilność emocjonalna, impulsywność, płaczliwość oraz szybkie wybuchy histerii. Dzieci nie są niegrzeczne celowo i  na złość. Każde trudne zachowanie naszego dziecka to komunikat dla nas „Mamo, Tato, coś się dzieje, nie radzę sobie z tym, pomóż mi”.



POZYTYWNY BUNT


W tym wszystkim chodzi o to, że jeśli nazywasz to buntem, to potraktuj go jako coś pozytywnego, naturalnego, jako etap w drodze. Nie demonizuj tego na siłę
i nie czekaj na apokalipsę, bo córka sąsiadki takową urządziła. Każde dziecko jest inne, każde inaczej reaguje na nagłe zmiany, każde ma inny charakter i inaczej sobie radzi, poza tym kwestia temperamentu, a przede wszystkim genów.

Problem stanowi podejście, nie traktuj tego jak pójście na wojnę i regularne pacyfikowanie przeciwnika, bo dziecko nie jest twoim wrogiem, a Ty nie jesteś dyktatorem. Jeśli zakładasz, że teraz to „Pokażę Ci kto tu rządzi” i z zasady zaczynasz dziecko pacyfikować i traktować jak poddanego, czy jeńca wojennego to będziesz mieć w domu regularną wojnę z mnóstwem bitew, niesprawiedliwie wygranych przez silniejszego i większego. Masz być przewodnikiem i strzec bezpieczeństwa, a nie bawić się w żandarma, zamykając małego człowieka
w ciasnych ramach wolności. 
 Dominika 
Wszystko zawsze zaczyna się w naszej głowie. Przyciągamy to, o czym myślimy. Jeśli z góry coś określimy, ocenimy i nastawimy się negatywnie, zadziała tutaj efekt samospełniającego się proroctwa. Bardzo często pracuję z rodzicami właśnie nad zmianą podejścia. Mocno zachęcam do spojrzenia na swoje dziecko i jego zachowania z zupełnie innej perspektywy – nie oceniającej i krytykującej, lecz pełnej otwartości i chęci wsparcia tego małego człowieka w tym co przeżywa i jak sobie z czymś radzi lub właśnie nie radzi.

 

BUNTOWNIK Z WYBORU?


To już nie jest bezwolny noworodek, ani Twoja „własność”, to odrębny człowiek, który właśnie ustanawia swoją indywidualność, chce o sobie decydować i chce żebyś liczył się z jego wyborem. Zamiast kolejnego „nie” na awanturę przy śniadaniu, zapytaj go o zdanie, dając wybór „Chcesz parówki, czy jajka?” Daje mu to poczucie, że jest współdecydującym w wyborze tego, co de facto będzie jadł on sam. Pozostawianie wyboru między konkretnymi rzeczami, pozwala załagodzić spory. Łatwiej zapytać czy chce założyć trampki, czy adidasy, albo czy zabieramy żółtą piłkę czy czerwoną, czy chce iść na plac zabaw, czy do parku. Jego wybory dla Ciebie większego znaczenia nie będą mieć, a dla niego to ogromna radość i poczucie, że on decyduje. Nie mówię tu oczywiście o wyborze, czy chcesz spaść z czwartego piętra ze schodów, czy z drugiego, bo to Ty rodzicu tu właśnie stawiasz granice bezpieczeństwa z pełna konsekwencją. Stawiaj granice i zakazy tam, gdzie widzisz zagrożenie zdrowia bądź życia, ale nie walcz na siłę, żeby było po Twojemu w przypadku smaku jogurtu, który ma zjeść.
I pokrój mu te kanapki w trójkąty jeśli kwadrat akurat teraz nie jest jego ulubiona figurą.

Dominika 
Świetnie, że poruszyłaś ten aspekt. Dawanie dziecku możliwości wyboru to jest coś, o czym mówię rodzicom zawsze i wszędzie. To jest jedna z tych magicznych metod, która działa, naprawdę! Dzieci uwielbiają podejmować decyzje. Mają wtedy poczucie, że ich zdanie też się liczy, że mają realny wpływ na swoje życie. Jeśli zamiast wydawania kolejnego polecenia, zapytamy i weźmiemy pod uwagę zdanie naszego malucha, jego opór znacznie zmaleje i będzie on zdecydowanie chętniej z nami współpracował. Pamiętajmy jednak, aby ten wybór zawsze ograniczyć do maksimum dwóch możliwości „to czy to”. Więcej opcji spowoduje zamieszanie, spowolni oraz utrudni dziecku podjęcie decyzji.



ZASADA WZAJEMNOŚCI


To jest bardzo prosta zależność – jeśli podchodzisz do dziecka pokojowo,
z ogromną cierpliwością (tak, wiem, to towar deficytowy, ale rezerwy czasem okazują się jakby były z gumy;)) i zrozumieniem tego, co się z nim dzieje, to łatwiej Wam wszystkim przez to przejść. Ale jeśli zaczynasz domową dyktaturę
i tresurę, walcząc o każda pierdołę, to pamiętaj – na tym etapie dziecko jest kalką, kopiuje zachowania rodziców więc nie dziw się, że będzie w stosunku do Ciebie zachowywało się z taką samą agresją i złością, ono po prostu odda Ci Twoje własne emocje, a Twój dom przez pewien czas będzie polem bitwy. Po co Ci to? Mało masz bałaganu na co dzień?

Niestety, czy chcesz tego, czy nie – tutaj również sprawdza się zasada, że otrzymujesz dokładnie to, co wysyłasz w świat.

Dominika 
Musimy pamiętać, że u takich małych dzieci procesy pobudzenia górują nad procesami hamowania. Oznacza to, że łatwo im się w emocjach i zachowaniu rozpędzić, ale już trudniej wyhamować i się uspokoić. Dzieci nie uspokoją się szybko, a już tym bardziej bez naszej pomocy, ponieważ nie mają jeszcze takich umiejętności. W trudnych sytuacjach, gdzie ogarniają je silne emocje, to my jesteśmy źródłem spokoju i cierpliwości. Jeśli rodzic będzie krzyczał
i się denerwował, że dziecko wpada w histerię, spowoduje to tylko nakręcenie się koła złości i frustracji. Nasze maluchy chłoną emocje od nas, chłoną ten „dramat”, który tworzymy. Dopóki my nie będziemy spokojni, nasze dzieci również takie nie będą.




BUNT CIERPLIWOŚCI


Różni Was na tym polu stopień cierpliwości - ono musi już natychmiast i nie dlatego, że jest złe czy rozpuszczone, na tym etapie, nie ogarnia jeszcze czasu, nie umie czekać. Tłumacz mu za każdym razem, że za chwilę pójdziesz się bawić, za chwilę podasz mu to jabłko, za chwilę…tłumacz i proś, żeby poczekał, ale nie oszukuj, jeśli obiecałeś „za chwilę” dać mu jakiś przedmiot to daj, idź się pobawić, czy cokolwiek innego. Nie rzucaj obietnic bez pokrycia. Nauczysz go tym sposobem z czasem cierpliwości. Konsekwentnie, bez złości, znosząc wszystkie „niedogodności”, przyjdzie dzień, że powiesz mu” „Poczekaj, za chwilę przyniosę Ci sok”, a on bez wrzasków będzie w napięciu czekał, bo wie, że opłaci się, że dostanie, że Ty nie jesteś kłamcą, więc nie ma sensu wymuszać wrzaskiem zaspokojenie swojej potrzeby.
Dominika 
Faktycznie, dzieci w tym wieku nie rozumieją jeszcze pojęcia czasu, nie wiedzą co to znaczy „za chwilę” czy „za 5 minut”, muszą się tego nauczyć, jak wszystkiego innego 😉 Zachęcam, aby wyznaczać dziecku konkretne odniesienia, np. zamiast „Za 10 minut wyłączę Ci tą bajkę” można powiedzieć „Jak skończy się ta bajka to ją wyłączam” lub zamiast „Za chwilę dam Ci soczek” można powiedzieć „Dam Ci soczek jak skończę zmywać”. Pomocną w nauce cierpliwości jest również praca z dźwiękiem, np. włączamy alarm w telefonie, który ma zadzwonić za 30 sekund albo za minutę
i mówimy, że coś się zadzieje wtedy, kiedy dziecko usłyszy ten dźwięk – wówczas maluch wie konkretnie na co czeka. Jeśli dziecko będzie fajnie podążało za tą metodą i granice jego cierpliwości będą się wydłużać, można stopniowo zwiększać czas oczekiwania na alarm.



Moim gościem była Dominika Słowikowska, psycholog, mama Miłosza oraz kreatorka inicjatywy „Pomogę Ci Mamo”. Dominika pomaga innym Mamom zrozumieć zachowania dzieci w wieku 0-3 lata, oraz wskazuje drogę prowadzącą do rozwiązania pojawiających się trudności, które często są nieodłącznym elementem macierzyństwa. W ramach swojej działalności Dominika wspiera również Mamy w ich nowej roli, oraz pomaga im odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Jeśli masz jakiekolwiek pytania lub wątpliwości związane z Twoim dzieckiem lub po prostu z byciem Mamą, serdecznie polecam kontakt
z Dominiką. Wystarczy kliknąć tu ---------
à http://www.pomogecimamo.pl/


___________
Jeśli spodobał Ci się tekst, uważasz, że komuś może się również spodobać, czy przydać - nie wahaj się, udostępnij i poślij dalej :) Masz pytania, bądź chcesz skomentować - pisz. Wpadaj jak najczęściej, a jeśli chcesz być na bieżąco, polub mój fanpage na fb i profil na instagramie :) 

Komentarze

  1. Ten etap mam dawno za sobą ... choć przyznam, że wróciłabym do tych czasów sprzed 18 lat...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten "bunt dwulatka" mamy już w domu od dwóch lat i dla mnie to jest właśnie taki okres rozwoju, kiedy dziecko po prostu chce czego innego niż rodzice, i tyle. A że jest w końcu odrębną osobą, to przecież może chcieć, to normalne. My staramy się rozumieć emocje, wyłapywać punkty zapalne i jakoś je obchodzić, bo naprawdę te wybuchy po kilka razy dziennie są trudne do zniesienia. Najtrudniejsze dla mnie w tym procesie dojrzewania syna jest zachować spokojną głowę, nie zareagować wybuchem, kiedy on wybucha po raz nty, tylko cierpliwie to z nim przetrwać. Dla mojego otoczenia jestem matką, co daje sobie wejść na głowę, bo jak to on może tak piszczeć, a ty nic. Kiedyś wybuchające złością dziecko zamykało się w ciemnym pokoju, żeby się wykrzyczało i uspokoiło, a ono miało aż konwulsje z gniewu (takie niedobre!). Dobrze, że czasy się zmieniają i podejście do dzieci zaczyna przypominać podejście do wolnych ludzi a nie własnych niewolników. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też pewnie jestem postrzegana jako ta, która nie umie sobie z dzieckiem poradzić i której wchodzi na głowę, ale mam to w...nosie ;)

      Usuń
  3. Świetny wpis <3 Właśnie to jest najgorsze - mieć opcję zrzucenia zachowania dziecka na "bunt dwulatka" i przechodzić obojętnie :( Ola M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :) Dokładnie tak, najbardziej wkurza mnie, jak rodzice wszystko zwalają na bunt i jeszcze posądzają swoje dzieci o manipulacje i celowe, złośliwe zachowania :/

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

NAJCHĘTNIEJ CZYTANE

JAK STWORZYĆ DOBRY ZWIĄZEK? KASIA NOSOWSKA RADZI

A JA ŻEM JEJ POWIEDZIAŁAA ja żem jej powiedziała, Monia musisz to przeczytać! Uwielbiam metaforykę tekstów Kasi Nosowskiej, kocham jej umiejętność pakowania w metafory rzeczy proste, egzystencjalne, które zyskują przez to głębię, a we wnętrzu słów „miłość”, „kobieta”, „tęsknota”, „żal” nie znajduje się powietrze, a krwiste mięso, które wypełnia każde z tych pojęć. Wers „(…)uwiodła mnie przepaść jednego spojrzenia, runęłam w nią rozkładając ramiona” tak bardzo korespondował
z moim życiem. Wewszystko, co kochałam, co robiłam z pełnym zaangażowaniem, wpadałam rozkładając ramiona J Uwielbiałam Kaśkę, za to, że w chwilach kryzysu, albo trochę dłuższych chwilach kryzysu, przybywała mi
z pomocą, oddając słowami, to co rozrywało mi duszę, czułam się co najmniej jak na terapii, na której nie musiałam mówić nic, słowa płynęły obok i przecierały trochę te czarne chmury.
Odebrałam książkę z księgarni i już chwilę potem w autobusie rozsiadłam się wygodnie, żeby zobaczyć co tam w książce piszczy i…d…

DROGA DO AUTENTYCZNOŚCI - ARTYKUŁ GOŚCINNY

Związek między dwojgiem ludzi, związek wewnętrzny z sobą samym to w zasadzie jedna z kluczowych kwestii w naszym życiu i może dlatego bałam się o tym pisać 
z pozycji eksperta, bo nie czułam się wystarczająco kompetentna, żeby pouczać, czy nauczać. Ale tylko krowa nie zmienia poglądów i kiedy pewnego dnia mojego blogowania stanęła na mojej drodze kobieta szczególna i zaproponowała napisanie artykułu w  sferze relacji damsko-męskich- zgodziłam się na eksperyment. W dalszym ciągu, trzymając się konwencji, że chciałabym bardziej inspirować niż pouczać, spotkanie z Patrycją Dorsz vel Drożdż było katalizatorem do narodzin nowej kategorii na blogu, za co jej serdecznie dziękuję. Za tą inspirację :) Jako, że nie wierzę w przypadkowe spotkania, a w to, że ludzie stają na naszej drodze w jakimś celu, zaprosiłam Patrycję, w internetach znaną jako Pani Mediator do napisania artykułu wyjątkowego, tekstu, z którego sama dla siebie wyniosłam pokaźną garść wiedzy, dlatego chciałam Was zaprosić do lek…

CHODŹ ZE MNĄ DO TEATRU - "KOGUT W ROSOLE" MAREK GIERSZAŁ

Zadymiony bar, kilka krzeseł, w rogu zawieszona tarcza do gry, grupa zaprzyjaźnionych mężczyzn w średnim wieku. Tak, niby zwyczajnie, rysuje się scena komedii Marka Gierszała „Kogut w rosole", wystawiana na deskach STU. Jednak fabuła, tocząca się na wolnych obrotach (w pierwszej części momentami aż nazbyt wolnych) nabierając znacznego tempa w okolicach finału, rozpali scenę i głównie damską część publiczności do czerwoności. Budowanie napięcia i oczekiwanie ponad stu minut na wielki finał zapowiadany od początku sztuki, nasuwa nieśmiałe pytanie: czy siedzimy w tym miejscu żeby zażywać kultury wyższej, czy czekamy na aktorski striptiz?  STRIPTIZ DUCHOWY Marek Gierszał biorąc na warsztat tekst Samuela Jokica pokazał nam dwa wymiary owego striptizu, zarówno cielesnego jak i duchowego, i choć przeplata się tu słodkie z gorzkim, smutek z zabawą, to raczej żadna nuta jakoś drastycznie nie zakłóca tonu komediowego. 
W równej mierze wydaje mi się to zasługą zespołu aktorskiego, który wygen…