Przejdź do głównej zawartości

CHODŹ ZE MNĄ DO TEATRU - "KOGUT W ROSOLE" MAREK GIERSZAŁ

"Kogut w rosole" Marek Gierszał, Tomasz Schimscheiner, recenzja, sztuka, spektakl, Scena STU
materiały prasowe Teatru STU


Zadymiony bar, kilka krzeseł, w rogu zawieszona tarcza do gry, grupa zaprzyjaźnionych mężczyzn w średnim wieku. Tak, niby zwyczajnie, rysuje się scena komedii Marka Gierszała „Kogut w rosole", wystawiana na deskach STU. Jednak fabuła, tocząca się na wolnych obrotach (w pierwszej części momentami aż nazbyt wolnych) nabierając znacznego tempa w okolicach finału, rozpali scenę i głównie damską część publiczności do czerwoności. Budowanie napięcia i oczekiwanie ponad stu minut na wielki finał zapowiadany od początku sztuki, nasuwa nieśmiałe pytanie: czy siedzimy w tym miejscu żeby zażywać kultury wyższej, czy czekamy na aktorski striptiz? 

STRIPTIZ DUCHOWY 

Marek Gierszał biorąc na warsztat tekst Samuela Jokica pokazał nam dwa wymiary owego striptizu, zarówno cielesnego jak i duchowego, i choć przeplata się tu słodkie z gorzkim, smutek z zabawą, to raczej żadna nuta jakoś drastycznie nie zakłóca tonu komediowego. 

W równej mierze wydaje mi się to zasługą zespołu aktorskiego, który wygenerował naprawdę wyjątkową energię. Trójka bohaterów – Larry, Gordon i Dave – obnażają swoje słabości, kompleksy i problemy związane z brakiem pieniędzy i pracy, która nie chce się jakoś pojawić gdzieś na horyzoncie. Spędzając czas w barze i zapijając smutki, usilnie szukają wyjścia z tej patowej sytuacji. Sprawa się komplikuje, kiedy długi Dave'a narastają, wierzyciele „boleśnie" upominają się o zwrot, a Gordon pogrąża się w kłamstwie względem swojej żony, że wcale nie jest bezrobotny i przykładnie codziennie rano wychodzi z domu...do baru. 

DO ROSOŁU 

W tym oto miejscu zawiązuje się akcja wraz z szaleńczym pomysłem Dave'a, który proponuje założenie grupy striptizerów. Pomysł o tyle szalony, że chłopcy, żeby zaskoczyć i przyciągnąć publiczność muszą rozebrać się do tytułowego rosołu. I tu pojawia się „mały" paradoks, bo żeby znów odzyskać męską dumę i godność, którą utracili wegetując bez pracy i tonąc w długach - muszą ją stracić na scenie. Początkowe sprzeciwy, bunty
i wątpliwości jednak szybko ustępują. Dochodzą do wniosku, że niby kasa w życiu może
i nie jest najważniejsza, ale pieniędzy jak nie było, tak nie ma.

Bardzo szybko pojawia się jednak spory problem ze znalezieniem ekipy i nauką układu. Sceny poszukiwania odpowiednich kandydatów są jednymi z najbardziej komicznych
w spektaklu. 

W rezultacie dołącza do nich gej Collin oraz Czeczen Mustafa, którego problemy językowe dodatkowo potęgują komizm słowny sztuki. W przypadku tej dwójki bohaterów nawet pojawia się wątek miłosny, w całości oczywiście po stronie Collina. Nie sposób przytoczyć lawiny żartów i potyczek słownych, które wzbudzały salwy śmiechu na sali, jednakże w „atmosferze" czuć było coraz większe napięcie oczekiwania na wielki finał.

STRIPTIZ CIELESNY

Fakt faktem, pierwsza część może i faktycznie była odrobinę statyczna i przeciągana, natomiast co do drugiej, nie mam żadnych zastrzeżeń. Jednakże reżyserowi mogło chodzić o naszkicowanie portretów psychologicznych bohaterów, uwypuklić motywy „zabawy"
w striptiz i zaakcentować, że nie była to fanaberia grupy nudzących się mężczyzn, chcących nadać kolorytu kryzysowi wieku średniego, a desperacka próba ratowania swojego bytu. Tutaj w tle przewijają się problemy Dave'a, któremu za brak płacenia alimentów grozi zakaz widywania się z dzieckiem, Gordona panicznie bojącego się swojej żony, Larrego, którego żona zabawia się z kochankiem, gdyż „męskość" męża nie zaspokaja jej potrzeb. Zabieg wydaje się celowy, pod płaszczem tonu komediowego reżyser najpierw funduje nam striptiz duchowy bohaterów, który to stanowi genezę ich dalszych poczynań. Dlatego też nie patrzymy na nich jak na życiowych nieudaczników, erotomanów, czy szaleńców ale wzbudzają w nas sympatię
i dużą dozę ciepła ze wszelkimi swoimi ułomnościami.

"DZIKIE BUHAJE"

Punktem kulminacyjnym jest oczywiście długo wyczekiwany pierwszy, publiczny występ „Dzikich buhajów". Zabawę podkręcała muzyka zapożyczona z dyskotekowych parkietów. Panowie rozebrali się do rosołu, a reakcja publiczności na ich morderczo wypracowany układ niezwykle żywiołowa – piski, wrzaski, gromkie brawa przez cały występ
i w zasadzie granica między teatrem, a klubem nocnym niepostrzeżenie się zatarła. Jednakże cały pokaz odbył się w dobrym guście, mimo sceny z trzech stron otoczonej widownią w odległości metra, scenografia zaprojektowana została tak, że wszystko pozostało w granicach dobrego smaku mimo, że „Dzikie buhaje" zrzuciły wszystkie ciuszki w finale.

SEXU BOMBU!

Zatarła się też granica między tym, co tu było aktorsko zagrane, a co naturalne
w zachowaniu aktorów. Za trud, humor i odwagę należą się im wielkie brawa. Za wciągnięcie publiczności do zabawy również, scena STU chyba dawno nie była tak naelektryzowana. I dla takich wrażeń 2 w 1, które zafundował teatr, warto zafundować sobie dwie godziny rozrywki.

"Kogut w rosole" Marek Gierszał, Tomasz Schimscheiner, recenzja, sztuka, spektakl, Scena STU
materiały prasowe Teatru STU




___________
Jeśli spodobał Ci się tekst, uważasz, że komuś może się również spodobać, czy przydać - nie wahaj się, udostępnij i poślij dalej :) Masz pytania, bądź chcesz skomentować - pisz. Wpadaj jak najczęściej, a jeśli chcesz być na bieżąco, polub mój fanpage na fb i profil na instagramie :) 

Komentarze

  1. Szczerze Ci powiem, że dawno w teatrze nie byłam i po tym co przeczytałam, mam ochotę się wybrać :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mówisz, że warto obejrzeć tę sztukę i chyba się na nią wybiorę z żoną. Ciekawe jak zareaguje?

    OdpowiedzUsuń
  3. Warto chodzić do teatru!
    Warto wybrać się także do filharmonii!

    OdpowiedzUsuń
  4. Pomysł ciekawy, ale tyle golasów na scenie i to męskich to raczej.. fuj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej dobra zabawa, bo nie zobaczysz tam niczego, czego nie da się "odzobaczyć" ;) Granice dobrego smaku zachowane :)

      Usuń
  5. Nagość w teatrze absolutnie mnie nie razi, jeśli jest uzasadniona. Tu jednak nie wiem czy jest potrzebna...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem tego samego zdania, nie lubię "sztuki dla sztuki" ale uwierz mi, że tu jest bardzo smacznie ujęta nagość, nie widać nic, co mogłoby siać zgorszenie, a scena striptizu uważam, że bardzo potrzebna i dopełniająca sztukę i wymiar komediowy. Pozdrawiam :)

      Usuń
  6. Nagość jest naturalna, tak sobie myślę, jeśli użyta właściwie, czemu nie? Super

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Użyta i właściwie i potrzebnie i bez porografii zbytecznej, podzielam Twoje zdanie :) I tak sobie też myślę, że bez odrobiny dystansu i poczucia humoru odbiór nieszablonowych sztuk może być bardzo spłycony i ograniczony do szablonów.

      Usuń
  7. Bardzo w moim stylu ten spektakl!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

NAJCHĘTNIEJ CZYTANE

WSZYSTKIE NIEPRZESPANE NOCE, CZYLI DRAMAT W PIĘCIU AKTACH

Jestem fetyszystą snu – z ułomności tarczycowych, z upodobania, może dużą rolę odegrała w tym genetyka. Nieważne. Ważne, że czynników sennogennych nakładających się na siebie jest tak wiele, że natury nie oszukasz i tego nie przeskoczysz. Sen mój jest, a raczej był, tak głęboki i mocny, że nie obudziłyby mnie wystrzały z armat, nawet jeśli armia by mnie wyniosła z łóżkiem na pole walki.
A teraz natura contra natura, bo oto rodzi się dziecko, a małe dziecko wiadomo – brak snu. Jakby nie obalać mitów macierzyństwa, to jest to akurat fakt niezbity, nie do przeskoczenia. Prawda, nie fałsz. I oto ścierają się te dwie natury – mój wewnętrzny fetyszysta snu i ja matka.
PROLOGGdzieś w połowie ciąży sen nie chciał nagle przychodzić, tzn. przychodził nad ranem kiedy niekoniecznie miałam możliwość go przyjąć, robota nie poczeka. Później kiedy robota poszła w las, po nocy, kiedy sen miał mnie gdzieś 
i przychodził regularnie o 5 rano, spaliśmy czasem do południa, póki głód nas nie nawiedził. I tak…

MOMENT, W KTÓRYM ŚWIAT I SERCE ROZSYPUJE SIĘ NA MILION KAWAŁKÓW

Moment, w którym świat i serce rozsypuje się na milion kawałków znajomy jest pewnie każdemu. Dziś rozsypał się świat pewnym rodzicom, których synek walczył do samego końca, był dzielny, silny, niezwykle pogodny, zadziwiająco radosny jak na ogrom cierpienia, biegł cały czas w stronę życia…nie miałam zaszczytu poznać osobiście tego Wojownika, niestety…Odwiedzałam go codziennie w wirtualnej rzeczywistości, z całych sił trzymałam kciuki, cieszyłam się jak szło w dobrą stronę, jak wyniki były coraz lepsze, jak ogromna to była radość, kiedy maluch mógł wyjść ze szpitalnego łóżeczka do domu. Ostatnie tygodnie jednak były pełne strachu, drżącymi palcami klikałam w każdą kolejną wiadomość na temat zdrowia…
Walka dziś dobiegła końca. Walka niesprawiedliwa, nierówna od samego początku, z okrutnym finałem.
Piszę dziś o tym wyjątkowym chłopcu, bo nie potrafię o niczym innym dziś ani myśleć ani pisać. Skradł moje serce od razu, stał mi się bardzo bliski i nie tylko mi…będąc częścią tej wielkiej Ro…

[WYWIAD] PODRÓŻE Z DZIECKIEM

Wakacje tuż, tuż, słońce grzeje coraz mocniej, w głowie szumi woda, szumi las, ale mamy małego osobnika na pokładzie i masę wątpliwości. Czy nie robić problemu i zostać w domu, bo przecież z takim maluchem, to żaden odpoczynek, a same problemy? Czy aby to bezpieczne? Czy da się zorganizować fajny, wspólny wakacyjny czas z wózkiem przyrośniętym do ręki i nosidłem na plecach? Czy lepiej jechać gdzieś blisko, czy wyruszyć za granicę? Czy podróżować autem, czy jednak samolot? Wszystko jest kwestią dobrego ZAPLANOWANIA, oczywiście nie da się przewidzieć wielu rzeczy i nie przewidzi się wszystkiego, a życie zawsze nas zaskoczy, ale podstawy trzeba wyrobić sumiennie, dzięki fundamentom konstrukcja w razie burzy nie powinna runąć, a urlop zakończyć katastrofą. Pierwsze wakacje już mamy za sobą, wielogodzinną podróż autem, powrót
z chorobą i masę fajnych wspomnień J Ja byłam szczęśliwa, że razem spędzamy czas, w końcu wyrwałam się z domu i Krakowa, i znów widzę jeziora i morze, za którymi tęskn…