Przejdź do głównej zawartości

CHODŹ ZE MNĄ DO TEATRU - "ŚLUBY PANIEŃSKIE" KRZYSZTOF PLUSKOTA


teatr, Śluby Panieńskie, Krzysztof Pluskota, recenzja, scena STU, teatr STU, Aleksander Fredro, intryga

Nowy rok szkolny się zaczął, pierwsze lektury wjechały już pewnie na warsztat, a ja mam dla Was ciekawą alternatywę, uzupełnienie, czy raczej inne spojrzenie na lekturę - tę żywą, podaną na deskach teatralnych. Istnieją straszne interpretacje klasyki, które niestety się często zdarzają, ale akurat sztuka, o której chcę Wam dziś opowiedzieć jest świetną wykładnią tekstu literackiego. Ma oczywiście i swoje wady i niedociągnięcia, ale generalnie jest godna uwagi i warta polecenia, nie tylko licealistom przygotowującym się do matury, ale każdemu kto szuka odświeżenia tekstu Aleksandra Fredry.

MIŁOŚĆ, FRASZKA, IGRASZKA...

„Śluby panieńskie, czyli magnetyzm serca" Aleksandra Fredry funkcjonują na ogół jako po prostu „Śluby panieńskie", taki też ma tytuł sztuka wyreżyserowana przez Krzysztofa Pluskotę i wystawiona na deskach Teatru STU. I po obejrzeniu spektaklu dostrzegam w tym głębszy sens, gdyż sztuka skupiona jest na ślubach, intrygach, podchodach – magnetyzmu próżno szukać. Zatem tytuł adekwatny.


Komedie Fredry skupione na psyche, ludzkich przywarach, charakterach
w lekkiej i humorystycznej formie, obnażają wiele odcieni ludzkiej natury.
W przypadku tego tekstu obserwować można gry miłosne, a także wszelkie barwy i odcienie tego uczucia. W zasadzie wokół miłosnych uniesień kręci się akcja. Miłość miesza się z nienawiścią – między nimi jest cienka granica. Czy nienawiść zaś jest prawdziwa, czy tylko udawana, to możemy się domyślać.

ŚLUBY CZY MAGNETYZM?


 Te dwie ogromnie silne emocje i to ścierające się ze sobą, powinny tworzyć wybuchowy koktajl, a u Pluskoty... nie tworzą. Jeśli chodzi o warstwę emocjonalną, to odnoszę wrażenie, że miłość jest „na niby", wszystko jest zabawą i igraszką, a kochankowie, którzy przecież u Fredry mimo ślubów
i wszelakich przeciwności chcą być razem, tutaj tak jakby musieli dopełnić fredrowskiej konwencji
– Gucio ani grama pociągu do Anieli nie wyczuwa, za to chętnie kontynuowałby hulanki i swawole. Klara z zupełną obojętnością, a nawet pretensją zgadza się na związek z Albinem „skoro tak być musi", jakby nagle utraciła swoją charyzmę, energię i upór, jakby złamała kompletnie postać, którą nakreśliła w ciągu całego spektaklu.


Podkreślić trzeba ten fakt, że magnetyzmu tu zupełnie brak.


SZCZYPTA PIEPRZU 

Nie można odmówić za to aktorom warsztatu, szczególnie tym starszego pokolenia – fantastyczna Maria Seweryn i energetyczny Andrzej Deskur. Wyczarowali oni niecodzienne kreacje Radosta i Dobrójskiej. Co prawda, reżyser troszkę manipulował przy bohaterach i nakręcił ich na tory trochę inne niż fredrowskie, bo wujaszek Radost to taki sam hulaka i wielbiciel kobiet jak Gucio, ale obrane tory okazały się strzałem w dziesiątkę i wniosły sporo świeżości do leciwej sztuki. Projekcja na początku spektaklu, ukazująca igraszki na łonie natury Radosta i Dobrójskiej, żywo przypomina scenę z mrówkami z „Pana Tadeusza", tyle, że u Fredry, czy raczej u Pluskoty, mamy o wiele pikantniejsze wydanie. Erotyzm, soczystość, chemia, w końcu tytułowy magnetyzm tutaj aż buzuje. O wiele lepiej patrzy się nawet na te „szczeniackie" zabawy i gonitwy wujaszka z ciotką, bo w nich jest i życie,
i energia, niż na trochę niestety mdłe porywy młodych serc.



SZTUKA DOBRZE SKROJONA


Jednak paradoksalnie mimo że od początku zaczęłam narzekać i wywlekać mankamenty, to sztuka panu Krzysztofowi Pluskocie się udała. Jest dobrym spektaklem głównie dlatego, że zaskakuje. Ale wprowadzając odautorskie innowacje, nie gubi fredrowskiego ducha. Zaskakuje odmienioną postacią Radosta, jawnym erotyzmem Radosta i Dobrójskiej, flamingami na ścianie salonu, mało energetyczną Klarą, wyrazistym i mocnym Albinem, bezbarwnym Gustawem, nie aż tak uległą Anielą. Przy Albinie warto zatrzymać się na dłużej – postać iście werterowska, szlochający maruda,
w całości oddany swej okrutnej ukochanej. Taki powinien być. Tutaj jednak dostajemy postać owszem przerysowaną i odrobinę groteskową, ale zaskakująco silną, upartą, broniącą swojej męskiej godności, a wizualnie przypomina mi trochę hrabiego Draculę, szczególnie kiedy zasiada za fortepianem z rozwianym włosem i bladością na twarzy, wygrywając pieśni dla Klary. Notabene, sporo korespondencji z innymi bohaterami literackimi
i dziełami odnaleźć można w tym spektaklu.


PRODUKT WOLNY OD "CHEMII"


Zaskakuje też brak „chemii" pomiędzy głównymi bohaterami, gdzie przecież powinno iskrzyć. Rozterki, rozdarcie, tęsknota, pożądanie, dezorientacja... tutaj śluby zawarte, że nigdy żoną być nie można, a serce wyrywa się do kochania. Jak żyć? Co robić? Brakuje tego. Owszem dostajemy scenę, w której Aniela siedzi załamana przy stole, nie wiedząc co robić, zazdrości tej drugiej Anieli miłości jaką ją darzy ten, który jeszcze chwilę temu wzdychał do niej. To są takie skrawki fabuły, w których wierzymy aktorom, ich emocjom. Tylko troszkę ich za mało, ciężko pozszywać z tych skrawków szatę, właściwie jest to niewykonalne.


Zaskoczeniem, a w zasadzie zagadką pozostają też ciekawie skonstruowane drzwi, będące centralnym elementem scenografii. Drzwi w drzwiach niczym rosyjska matrioszka. Zapewne miały one wydźwięk symboliczny – może brak zdecydowania, rozdarcie wewnętrzne, którędy pójść, którymi drzwiami się udać, żeby trafić do serca ukochanej, które drzwi otwierają drogę do wybranej kobiety?

O CO CHODZI Z TYMI FLAMINGAMI?


Natomiast co do flamingów na ścianie nie mam pomysłu, co autor scenografii miał na myśli. Piszę o nich, bo to element, który rzuca się w oczy
i zostaje w pamięci jako wizualizacja przywoływana w pamięci na dźwięk słów – śluby panieńskie scena STU. Mam bardzo odległą i pokrętną ścieżkę skojarzeniową co do tego pomysłu i raczej nie jest to ta właściwa – Fredro to epoka romantyzmu, romantyzm kojarzy się z romantyczną miłością, miłość ze słodyczą, epitet słodki z kolorem różowym, flamingi są w kolorze różowym.

FREDRO BYŁBY ZADOWOLONY

Na szczęście sztuka nie zabarwiła się na różowo i słodko, i fajnie, że w tę pikantniejszą stronę poszedł reżyser, fajnie, że zaskoczył, bez tego elementu inności, zaskoczenia i gry aktorskiej na poziomie, deski Sceny STU nie udźwignęłyby tej klasyki, która niezwykle łatwo popsuć tendencyjnością.

___________
Jeśli spodobał Ci się tekst, uważasz, że komuś może się również spodobać, czy przydać - nie wahaj się, udostępnij i poślij dalej :) Masz pytania, bądź chcesz skomentować - pisz. Wpadaj jak najczęściej, a jeśli chcesz być na bieżąco, polub mój fanpage na fb i profil na instagramie :) 

Komentarze

Prześlij komentarz

NAJCHĘTNIEJ CZYTANE

CHODŹ ZE MNĄ DO TEATRU - "RYTUAŁ" IWONA KEMPA

ŚWIAT BERGMANA Wchodząc w świat Ingmara Bergmana, trzeba się liczyć z tym, że wkraczamy w bardzo intymną i skomplikowaną strukturę bez jakiegokolwiek znieczulenia. Jego nadrzędnym zainteresowaniem był człowiek z całą swoją sferą emocjonalną, artysta ten lubował się w rozkładaniu odczuć ludzkich na czynniki pierwsze i prześwietlaniu ich z każdej dostępnej perspektywy. Iwona Kępa swoją adaptacją dzieła Bergmana również nie oszczędza widzów – dodając do tego sterylną biel, którą „wyłożona" jest scena, nasuwa się jednoznaczne skojarzenie ze szpitalem, salą operacyjną bądź laboratorium, w którym to emocje i relacje „pacjentów" będą wnikliwie badane. PRZESŁUCHANIE DUSZ W zasadzie już od pierwszej sceny „Rytuału" poznajemy symptomy chorobowe trójki, a w zasadzie czwórki pacjentów. Co prawda przez większą część spektaklu przesłuchiwane jest trio aktorskie, jednakże i przesłuchujący w rezultacie zostaje „wyspowiadany" ze swych lęków, demonów oraz uczuć, które ...

DAWNO, DAWNO TEMU, W ODLEGŁEJ GALAKTYCE...

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce - te słowa rozpoczynające sagę Gwiezdnych Wojen ,   po raz pierwszy padły z ekranu kinowego 25 maja 1977 roku . To pierwsza informacja jakiej dowiedziałam się już na wstępie z książki, którą za chwilę zrecenzuję. Tak jak i film, tak i książka nie jest zwyczajna, posiada swoje ukryte moce. Nigdy nie byłam zapaloną fanką Gwiezdnych Wojen, znałam wątek główny i kluczowych bohaterów, nie orientowałam się nawet w kwestii kolejności nagrywanych części owej sagi. Ale przyszedł kiedyś taki dzień i taki mężczyzna (obecnie Mężczyzna Mojego Życia i ojciec naszego syna J ), który zaraził mnie swoją fascynacją filmem, wiele rzeczy mi objaśnił, po raz kolejny oglądałam wszystkie części jako dobran ocki do poduszki i zatrybiła mi ciekawość, na tyle, że z niecierpliwością czekałam na nowe części, a seans w kinie był świetną opcją na romantyczną randkę. Kiedy pojawiła się możliwość współpracy z Wydawnictwem AWM i zobaczyłam, że pod ich skrzydłami je...

DROGA DO AUTENTYCZNOŚCI - ARTYKUŁ GOŚCINNY

Związek między dwojgiem ludzi, związek wewnętrzny z sobą samym to w zasadzie jedna z kluczowych kwestii w naszym życiu i może dlatego bałam się o tym pisać  z pozycji eksperta, bo nie czułam się wystarczająco kompetentna, żeby pouczać, czy nauczać. Ale tylko krowa nie zmienia poglądów i kiedy pewnego dnia mojego blogowania stanęła na mojej drodze kobieta szczególna i zaproponowała napisanie artykułu w  sferze relacji damsko-męskich - zgodziłam się na eksperyment. W dalszym ciągu, trzymając się konwencji, że chciałabym bardziej inspirować niż pouczać, spotkanie z Patrycją Dorsz vel Drożdż  było katalizatorem do narodzin nowej kategorii na blogu, za co jej serdecznie dziękuję. Za tą inspirację :) Jako, że nie wierzę w przypadkowe spotkania, a w to, że ludzie stają na naszej drodze w jakimś celu, zaprosiłam Patrycję, w internetach znaną jako Pani Mediator  do napisania artykułu wyjątkowego, tekstu, z którego sama dla siebie wyniosłam pokaźną garść wiedzy, dlatego chc...